2 września 2024 r. do Przodków odeszła Jadwiga z Jeżewskich Maciejowska – architekt, urbanista, projektant odbudowy zabytków, w wolnym czasie żeglarka, działkowiczka, genealożka. Pochowana 16 września 2024 r. na cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu.
Wisia prowadziła blog „Słowem i okiem Wiśki o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości” pod adresem wisiamaciejowska[.]wroclaw.pl w okresie 19.03.2018÷07.02.2022 (17.03.2022), w czym dopomagał Jej Maciej Róg.
Choć domena i hosting generują koszty, jako ŚTG na niniejszej stronie chcemy oddać Jej hołd, kopiując 30.11.2025 i utrzymując dalej wpisy z Jej bloga, zanim zniknie w otchłaniach internetowych czeluści…
Nazywam się Jadwiga Maciejowska, ale wszyscy mówią na mnie Wiśka. Jestem obecnie babcią-emerytką, ale kiedyś prowadziłam dosyć czynne życie. Skończyłam architekturę na Politechnice Wrocławskiej i pracowałam kolejno w Wojewódzkiej Pracowni Urbanistycznej, na Politechnice, we wrocławskim oddziale PP Pracownie Konserwacji Zabytków, w Wojewódzkim Biurze Planowania Przestrzennego i w dziale planowania Urzędu Miejskiego we Wrocławiu. Poza tym uprawiałam sport, najpierw szermierkę, potem żeglarstwo. Dziś pozostało mi tylko komentowanie różnych aktywności. Mieszkam we Wrocławiu. Interesuję się genealogią i historią, dlatego jestem członkiem Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego.
Smutek i zniechęcenie
szkic 17.03.2022 o 19:27 #335
Tylu pięknych duchowo i wspaniałych ludzi grasujący wśród nas wirus pogrzebał, a szkodników i przestępców się nie ima. I gdzie tu jest sprawiedliwość? Żyć się odechciewa, jak się słyszy te różne komentarze dotyczące przekraczania granic i działania naszego przecież państwa w ich ochronie. Przecież to, co bandyta z Kremla robi Ukraińcom, my robimy wszystkim innym – Białorusinom, Afgańczykom czy Syryjczykom, nie mówiąc już o uchodźcach z Afryki. Dla naszych „dzielnych pograniczników” to nie są ludzie, tylko „wrogie pociski wypuszczane przez Łukaszenkę” i robią z nimi to, co się robi z pociskami – odrzucają z powrotem. Putin w Ukrainie, a my w Polsce postępujemy tak samo nieludzko w tym dwudziestym pierwszym wieku. I nie wiem, czy jak wojna przekroczy w końcu nasze granice, nie będzie to sprawiedliwością dziejową za nasze tchórzliwe przyzwolenie na łamanie wszelkich ludzkich praw teraz.
Dobre rady
07.02.2022 o 20:09 #329
Ostatnio na różnych „forach” roi się od dobrych rad, dotyczących najróżniejszych rzeczy. Jakiś miesiąc temu dostałam na swoją komórkę poradę, dotyczącą pielęgnacji storczyków. Takiego steku bzdur dawno już nie czytałam. Ja mam storczyk od przeszło pięciu lat. I od pięciu lat bez przerwy kwitnie.
Storczyk
Mam nadzieję, że jeszcze jakiś czas będzie cieszył nas swoim wyglądem. Przez te pięć lat nie zmieniałam mu miejsca – stoi (i zawsze stał) na lastrikowym parapecie okna od ulicy. Nigdy nie chroniłam go od zimna ani od ciepła (pod parapetem jest grzejnik), lufcik w oknie mam zwykle uchylony, chyba że jest większy mróz, ale ponieważ stolarka jest drewniana jeszcze z lat 60-tych, za ciepło mu na pewno nie jest. Przez cały ten czas storczyk wypuszczał nowe kwiatki, ale były one jakby kontynuacją pierwotnych gałązek, bo zawsze jedne jeszcze kwitły, a inne zamierały. Dopiero w zeszłym roku wydawało się, że już zakończy swój żywot, ale nie! Uschły mu wszystkie stare gałązki, ale jak je obcinałam, zauważyłam jakieś zgrubienia na pędach i po jakimś czasie mój storczyk zaczął wypuszczać zupełnie nowe gałązki. Wszystkim zainteresowanym chętnie poradzę, jak pielęgnować tę roślinę, aby efekty były równie zadowalające, jak u mnie.
Idzie ku wiośnie
szkic 04.02.2022 o 20:10 #324
Przezimował u mnie w domu okazały pluskwiak. Byłam ciekawa, co to może być, więc wyświetliłam sobie całą stronę tych owadów i najbardziej mi pasuje „tarczówka marmurkowata”. I teraz się zastanawiam: czy mam to zlikwidować (żeby się nie rozprzestrzeniało), czy gdzieś zgłosić ? Czy takie paskudztwa są dla naszej przyrody groźne, czy niekoniecznie ? Dobrze by było, gdyby było takie miejsce, gdzie by można było wysłać mail o takim zdarzeniu. Na razie trzymam go w dużym słoju, ale boję się, że w końcu padnie mi z głodu.
Po długiej przerwie
03.02.2022 o 22:27 #325
Znów mogę pisać po długiej przerwie, spowodowanej awarią na mojej ulicy. Wysiadło wtedy wszystko i najtrudniejsze okazało się uruchomienie bloga. Prawie wszyscy teraz podniecają się gromadzeniem wojsk rosyjskich na granicy z Ukrainą. Czy Rosja zaatakuje Ukrainę, a jeśli – to kiedy i jakimi siłami itp, itd. Otóż wg mnie – nie będzie to wyglądało w ten sposób. Plan Putina dla mnie jest jasny – znajdzie się NN, polityk prorosyjski, który ogłosi wszem i wobec, że Zelenski to zdrajca kumający się z Zachodem, NATO i Bóg wie jeszcze z kim, że wobec tego należy go uwięzić albo nawet skrócić o głowę, że tylko on sam, NN, jest gwarantem wolnej i silnej Ukrainy i że należy go wybrać. A potem poprosi tylko Rosję o „bratnią pomoc” przeciwko „wichrzycielom”, której Putin mu chętnie udzieli – i „po ptokach”, jak mówią na Górnym Śląsku. Taki scenariusz zastosował Stalin w stosunku do Polski w 45 roku i nie widzę przeszkód, żeby jego wielbiciel nie zastosował go teraz. Pożyjemy – zobaczymy, ale postawiłabym dolary (gdybym je miała) przeciw orzechom, że taki będzie bieg wydarzeń. Smutne to przewidywania, ale ostatnio w ogóle brak jakichkolwiek weselszych wydarzeń. Mimo to – trzymajmy się i nie dajmy się!
Aktualności
szkic 25.01.2021 o 19:54 #308
Bałagan kosmiczny. Jako seniorka 80+ postanowiłam się zarejestrować zaraz w poniedziałek. Nie mogłam się dodzwonić do swojej przychodni. Córka mi poradziła, żeby spróbować przez nr 989. Zrobiłam to i po bardzo długim czekaniu zostałam zarejestrowana na połowę lutego w szpitalu na drugim końcu miasta, bo moja przychodnia nie będzie szczepić, a bliżej nie było już miejsc. We środę zadzwoniła do mnie koleżanka (należąca do tej samej przychodni), że nasza przychodnia szczepi, ale miejsc już nie ma, a ona się zarejestrowała tego dnia dużo bliżej, niż ja. Trudno-świetnie, widocznie ona ma więcej szczęścia. Ponieważ, jak prawie każdy senior 80+, mam różne „choroby współistniejące”, zadzwoniłam dziś do przychodni prosząc o poradę „zdalną”. Poradę uzyskałam, receptę też, ale w aptece nie było wszystkich przepisanych leków. Mam czekać i dowiadywać się telefonicznie. Ciekawe, jak to długo będzie trwało? Miejmy nadzieję, że się doczekam. Trzeba się cieszyć, że te wszystkie „niedogodności” są drobiazgami w porównaniu z problemami innych – czy to sąsiadów, czy to znajomych. Cieszmy się więc z tego, co mamy i patrzmy ufnie w przyszłość – a nuż będzie lepsza, niż te nasze obawy?
Zbiór pojęć zapomnianych
23.01.2021 o 15:38 #309
Usłyszałam dziś (przy okazji omawiania rejestracji na korona-wirusa), że jakaś rejestratorka na pytanie, gdzie się ma zarejestrować ktoś z Krakowa, odparła „a gdzie to jest?” No właśnie – gdzie to jest, a właściwie – gdzie my jesteśmy? Rosną pokolenia, które nie mają żadnej więzi kulturowej z pokoleniami poprzednimi – żadnej. Dlatego proponuję: zacznijmy tworzyć zbiór pojęć zapomnianych, które dla tych następnych pokoleń może będą czymś w rodzaju „Słownika wyrazów obcych”. Zresztą, na przestrzeni naszego życia mnóstwo przedmiotów, niegdyś powszechnie użytkowanych, odeszło w zapomnienie. Już moje dzieci nie mają pojęcia, jak wyglądał „pas do ostrzenia brzytwy”, a wnuki nie słyszały o tym, że w ławkach szkolnych był specjalny „otwór na kałamarz z atramentem”. Nie mówiąc o pojęciach bardziej abstrakcyjnych, jak „Gwiazdka” np, które były nie tylko związane z pewną sferą kultury, ale i z pochodzeniem rodziny z określonej części dawnej Rzeczpospolitej. To wszystko staje się nieczytelne dla ogromnej części naszego społeczeństwa po części na skutek globalizacji, a po części na skutek zabiegów o stworzenie „nowego człowieka”. I jeden, i drugi powód jest od nas niezależny i nieunikniony w pewnym sensie. Ale oba prowadzą do konstatacji, że niedługo trudno się będzie porozumieć nie tyle z powodu braku chęci do porozumienia, ile z powodu nierozumienia wypowiadanych słów. Już w tej chwili komunikaty radiowe bywają niezrozumiałe dla ludzi tak starych, jak ja (np. „możecie państwo sobie to znaleźć w podkastach”). Z kolei nagminne używanie przez redaktorów formy „mi to zupełnie nie odpowiada” przywodzi na myśl przedwojenny „szmonces” (też nie wiecie, co to jest?) chyba Lopka Krukowskiego: „Tate, ciebi sie ktoś kłania! Nie ciebi, tylko tobie! Mi? Nie mi, tylko mnie! No przecież ja od razu mówiłem, że ciebi!” I w ten sposób, nie mając o tym pojęcia, zaczynają mówić, jak przedwojenni mieszkańcy tej, unicestwionej przez Holocaust, części społeczeństwa.
Moje rewolucyjne propozycje
10.11.2020 o 19:52 #301
Ostatnio usłyszałam, że z okazji naszego, polskiego Dnia Niepodległości będą oddane salwy armatnie z fryderycjańskich fortów Srebrnej Góry. Nie wiem, czy można by znaleźć większy paradoks.
Dziś uważa się, że Ząbkowice Śl. leżą nad Budzówką, płynącą od Srebrnej Góry i dalej w kierunku Kamieńca. Jest to wierutne kłamstwo. Potok Budzówka był zawsze dopływem rzeczki, opływającej Ząbkowice Śl. od zachodu i południa, która za moich czasów (koniec lat 40-tych i początek lat 50-tych) nazywała się Sadlna. Płynęła ona zakolami przez bagnistą dolinę od strony zachodniej, opływała zakolem (równie bagnistym) wzgórze zamkowe i dopiero poza drogą na południe i przyjęciu w siebie wód bagnistego cieku ze wschodniej strony miasta oddalała się od jego murów. Potok Budzówka jeszcze w XIX wieku wpadał do rzeczki niedaleko grobli, którą przebiegała droga do Świdnicy (i do Srebrnej Góry). Dzięki temu ukształtowaniu terenu miasto było (po wybudowaniu murów miejskich) nieźle zabezpieczone od ataków nieprzyjaciół. Najłatwiej dostępne było od północy – od strony Legnicy i Wrocławia – ale to nie były kierunki generujące zagrożenie. Te tereny stały się zresztą głównym obszarem rozwoju miasta nowożytnego.
Zaprzęganie wydarzeń historycznych do bieżącej polityki nie jest wynalazkiem ostatnich lat, ani doby powojennej. Katowice stały się Stalinogrodem nie dlatego, że Stalin sobie tego życzył, ale dlatego, że nasi komuniści chcieli mu „wleźć bez wazeliny”. Kaiser Wilhelm był wielbicielem Fryderyka Wielkiego i bardzo chciał być z nim porównywany – stąd jego fascynacja fortami w Srebrnej Górze. Z kolei po wojnie światowej 1914-18 Niemcy „wstawały z kolan” i też im były potrzebne nawiązania do potęgi czasów fryderycjańskich. Nie wiem, kiedy pomysł, żeby z Budzówki zrobić główny ciek tej doliny został zrealizowany. Nie wiem też, czy wyprostowanie zakończenia tego cieku było celowe, czy spowodowane naturalnym przesunięciem po jakichś roztopach. Natomiast jestem pewna, że powodem była chęć „duchowego” powiązania tego ośrodka miejskiego z tradycją fryderycjańską i że był to pomysł jakiegoś lokalnego kacyka chcącego się podlizać „wyższym szarżom”. Myślę, że wyjaśnieniem tych kwestii mogła by się zająć jakaś instytucja (lub osoba) mająca dostęp do archiwalnych źródeł.
Nie wiem, czy nazwa rzeczki „Sadlna” była właściwa. Sądząc po tym, że ponoć najstarszą na tym terenie była osada handlowa Sadlno i że wieś gminna Sadlno była tak długo, dopóki jej nie włączono w granice miasta, nazwa ta była czymś wytłumaczona. Nie wiem też, co można dziś zrobić, żeby tę rzeczkę w jakiś sposób „przywrócić” i czy to w ogóle byłoby możliwe. Wiem tylko, że nie Budzówka jest ząbkowickim dopływem Nysy.
Bajeczka o Tasiuni
20.10.2020 o 21:26 #296
Tyle się teraz mówi i pisze o prawach zwierząt, że czasem mam wrażenie, iż są one ważniejsze niż prawa ludzi. Moja Mama bardzo dbała o dobre traktowanie zwierząt, ale jednak traktowała je inaczej, niż ludzi.
W 1948 mieszkaliśmy w poniemieckim zabytkowym młynie wodno-elektrycznym, znajdującym się na końcu gminnej wsi Sadlno (wcześniej „Zadziele”), rozciągającej się wzdłuż drogi z Ząbkowic Śląskich w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego. Na początku tego roku wyjechali do Niemiec poprzedni właściciele młyna. Nikt z nas nie wiedział, że w kącie stajni Frau Winter zostawiła kurę, siedzącą na kaczych jajach. Mój brat Stach zobaczył uciekające, dopiero co wyklute kaczątko i goniącą je z głośnym gdakaniem kurę. Złapał je i zaniósł Mamie, która przyjmowała od rolników przywiezione do młyna zboże. Mama wsadziła je sobie na szyję, pod kołnierz bluzki, wystawiając tylko łepek na zewnątrz. Kaczątko zostało uratowane.
Przez pierwsze dni żyło u Mamy na szyi. Potem Mama znalazła duże pudło, wyścieliła je ligniną i wstawiła tam talerzyk z wodą i filiżanką wstawioną do tej wody „do góry dnem” (chodziło o to, żeby kaczątko mogło pić, a nie taplać się w wodzie). Ponieważ na kaczki woła się „taś, taś”, nazwaliśmy je „Tasiunią”. A ona zaakceptowała nowe locum. Komicznie wyglądała, gdy wskakiwała na przewróconą filiżankę i stojąc na jednej nodze (drugą chowała) „udawała Napoleona”, wodząc wzrokiem dookoła. W końcu zaczęła z pudła wyskakiwać, głownie po to, żeby biegać za Mamą. Młyn był zabytkowy, ściany były grube, a progi wysokie. Mama jednym krokiem przekraczała próg, a Tasiunia wskakiwała nań, biegła, biegła wpatrzona w Mamę i rozplackiwała się, gdy próg się kończył. Można było boki zrywać ze śmiechu. Ale Mamie wcale nie było do śmiechu, bo kaczka była coraz większa, pióra jej rosły i coraz więcej było po niej sprzątania. W końcu Mama uznała, że kaczkę trzeba gdzieś przekwaterować.
W podwórzu, koło wozowni, była nieużywana komórka. Mama postanowiła tam umieścić kaczusię, ale żeby się przyzwyczaiła do nowego miejsca, zostawiła ją tam w klatce. Ale do młyna z rolnikami często przybywały ich psy. I znów Stach ujrzał wypadającego z komórki obcego psa z kaczką w pysku. Pobiegł za nim z kijem i pies kaczkę wypuścił, ale wyżarł jej kawał ciała powyżej kupra. I znów kaczka wróciła do Mamy na leczenie i dojście do zdrowia. Kuper się zrósł, a jakże, tylko był skierowany w lewą stronę. W gospodarstwie przy młynie był kurnik. Mama uznała, że będzie to najodpowiedniejsze miejsce dla opierzonej już kaczki i wieczorem tam ją zaniosła. Niestety – rano kaczka siedziała wciśnięta w kąt i bez jednego oka, które jej kury wydziobały. Musiała więc znów wrócić do Mamy na leczenie i rekonwalescencję.
Tymczasem Stachowi jeden z dalszych sąsiadów zaoferował kupno pary kaczek „belgijskich”. Były one dużo większe od normalnych kaczek, hodowanych w gospodarstwach wiejskich, kolorowe z przewagą czarnego. Stach je kupił i wygospodarował dla nich miejsce w komórce za stajnią, więc Tasiunia po wyleczeniu ślepego oka zamieszkała z nimi. Zaczęła nawet znosić jajka – były wielkości i kształtu piłeczek do pingponga. Kaczka „belgijka” znosiła normalne kacze jaja, tak że Stach doczekał się niedługo całego stadka kaczek, które kaczor prowadził do młynówki. Pływały sobie swobodnie, gdzie chciały, bo wiadomo było, że wrócą na karmienie. Wśród kolorowych kaczek wyróżniała się Tasiunia – jedyna biała, z krzywym kuprem i oglądająca świat jednym okiem.
Następnego roku kaczki świetnie się hodowały, aż do owego feralnego dnia, kiedy Tasiunia nie zdołała uciec spod kopyt wielkiego konia – perszerona, ciągnącego do młyna wóz ze zbożem. Rozdeptał ją swoim wielkim kopytem i Mama nic już nie mogła jej pomóc. Stwierdziła, rozkroiwszy kaczkę, że koń rozdeptał jej całą wątrobę i inne wnętrzności, ale że mięso jest czyste i pachnące. Wobec tego tuszka kaczki została upieczona i obie z Mamą zjadłyśmy ją z wielkim smakiem. Stach nie brał w tej uczcie udziału, gdyż dla niego był to kanibalizm. Natomiast ja uważam, że Tasiunia skończyła swoje życie zgodnie ze swoją naturą i z wielkim pożytkiem.
To, co mnie wkurza
szkic 20.07.2020 o 22:59 #289
Ostatnio trafiają mi się teksty, które budzą mój sprzeciw. Czasami nawet nie są one złe, mają nawet swoją logikę i pozytywny wydźwięk, ale ja się z nimi absolutnie nie zgadzam. Ostatnio dwie panie profesorki tłumaczyły nam, że nie należy używać określeń, które dosłownie oznaczają jakąś „niepełnosprawność” nawet w przenośni. Tym razem chodziło o „kulawą demokrację”. Od tego się zaczęło, ale potem mowa była i o „ślepej Temidzie” i o innych podobnych określeniach. Nie należy ich używać, bo osobom dotkniętym tymi „niepełnosprawnościami” może być przykro.
Jestem stara. Z racji wieku jestem osobą bardzo „niesprawną”. I nie mam żadnego problemu, żeby mówić czy słuchać o kalectwach, ślepocie i innych wadach tak ludzi, jak i idei. To, że ja teraz jestem kulawa, głucha i ślepa nie powoduje u mnie skojarzeń z określeniami, zadomowionymi od wieków w naszym języku. Natomiast bardzo mi przeszkadza fakt, że państwo nie udziela mi żadnej pomocy w moich obecnych ograniczeniach. I bardzo bym chciała dożyć czasów, kiedy zamiast propozycji eliminacji z języka tych określeń, doczekałabym konkretnej pomocy w korzystaniu z codziennych życiowych sytuacji.
Na marginesie
11.05.2020 o 20:52 #286
Chyba się już zupełnie zestarzałam, bo coraz więcej rzeczy mnie wkurza. Dawniej jakoś przechodziłam nad nimi do porządku, a teraz nie mogę. Jedną z takich wkurzających spraw jest nazewnictwo. Podporządkowujemy się jakimś wyimaginowanym zasadom nie pamiętając o naszych tradycjach językowych. Doskonale pamiętam, jak przez jakiś czas obowiązywała u nas nazwa „India” zamiast „Indie”. Potem, na szczęście, Indie wróciły. Teraz zamiast Cyganów mamy Romów. Podobno dlatego, że oni sami siebie tak nazywają. No to co? Niemcy też sami siebie nazywają „Deutsch”, czy my wobec tego mamy zamiast „Niemcy” mówić „Dojcze”? Włochów też tylko my tak nazywamy. Czy mamy to zmieniać? Przecież to czysty kretynizm. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie nasze wnuki wyposażać w nieliche „Słowniki nazw zapomnianych” przy każdej piosence jak „Graj piękny Cyganie” lub „Cygańska ballada”, nie mówiąc o operetkach. „Pawiem narodów jesteś i papugą” o naszej ukochanej ojczyźnie powiedział kiedyś poeta. Można by jeszcze dodać małpę.
Kiedy jedynie słuszną ideologią była jeszcze przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, na naszych uczelniach pojawili się „kandydaci nauk”, a strukturę szkół wyższych zaczęto zmieniać, wprowadzając „Instytuty”. Potem, po pewnym czasie, wszystko wróciło do normy. Ale nie na długo. Teraz zapanowała moda na „uniwersytety branżowe”. Dlaczego? Bo podobno tak jest „na zachodzie”. U nas „uniwersytet” to była uczelnia posiadająca wiele kierunków studiów – od matematyki poprzez wszelkie filologie, nauki o ziemi, nauki społeczne aż po teologię np. Jeśli uczelnia kształciła tylko w jakimś jednym kierunku, była Akademią – Medyczną, Sztuk Pięknych czy Rolniczą. Nic im to nie ujmowało, niektóre miały bardzo piękne tradycje. No ale teraz małpujemy „zachód”. I wcale nie oglądamy się na to, że na tym zachodzie też są uczelnie nie mające w nazwie uniwersytetu. Tłumaczenie jest takie, że jak tego nie wprowadzimy, na zachodzie nie będą nas traktować poważnie. Coś mi się zdaje, że jest wprost przeciwnie. Zdaje się, że z renomowanych szkół wyższych jedna SGGW nie poddała się tej „modzie” i pozostała „Szkołą Główną Gospodarstwa Wiejskiego”. Miło, że choć jedna uczelnia wyżej ceni swoje tradycje, niż modne „tryndy”. Szkoda, że tylko jedna.
Wielkanoc 2020
12.04.2020 o 22:25 #280
Dziwny jest ten świat – jak śpiewał Niemen. Rząd wprowadza coraz to nowe ograniczenia wolności obywateli z powodu panującej epidemii koronawirusa, ale nie chce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, co by te ograniczenia usprawiedliwiało. Zamiast tego dąży do przeprowadzenia wyborów prezydenckich w zaplanowanym terminie 10 maja, lub przesuniętych o tydzień na 17 maja. Epidemia została już nazwana pandemią, ale to naszych bonzów nie rusza – wybory mają się odbyć i już! Ostatnio sejm uchwalił (mimo oporów senatu), że wybory odbędą się korespondencyjnie, żeby ludzi nie narażać. Kogo nie narażać? Listonoszy, którzy będą nam przynosili materiały do głosowania? Żeby się nie mogli zbuntować, już zrobiono naczelnikiem Poczty Polskiej jakiegoś wiceministra z MON. Ale stanu klęski żywiołowej się nie wprowadzi, bo to by odsunęło wybory. Paranoja!
Pustki na ulicach, pustki w kościołach, gdyż zagrożenie jest duże i ludzie mimo oporów się podporządkowują. Lepiej by było, gdyby ograniczenia były bardziej przemyślane i bardziej konsekwentnie przestrzegane. Tymczasem cała wierchuszka partyjna ma nas w głębokim poważaniu i gromadzi się gdzie chce i kiedy chce. Niedobrze się człowiekowi robi, gdy ogląda te spasione często oblicza, jak tworzą coraz to nowe przepisy na kolanie, by je po tygodniu czy dwóch nowelizować. Sami biorą ciężkie pieniądze, ale przepisy wymyślają takie, że mało kto może z nich skorzystać. Nie mówiąc o tym, że obiecują ich uchwalenie za parę tygodni, choć ludzie tracą pracę teraz (albo już ją stracili).
Dzięki Bogu, mszy św. można wysłuchać przez radio, a człowiek ma czyste sumienie, że ani sam siebie, ani nikogo innego nie naraził na niepotrzebny kontakt. Ja właściwie powinnam się cieszyć ogromnie, bo wczoraj zostałam prababcią. Prawnuczek naturalnie jest śliczny i to jest niesamowite, że teraz prawie od razu po narodzinach można w komórce zobaczyć takiego maluszka. Ale jak człowiek sobie uświadomi, co się dzieje w naszej służbie zdrowia, to mu się zimno robi ze strachu. Jedyna nadzieja w Opatrzności.
[…]
To jest właśnie moje nowe cudo – Jeremi Maciejowski – prawda, że śliczny? A ja jestem zachwyconą i dumną prababcią.
Zostałam prababcią
szkic 12.04.2020 o 16:23 #279
Wczoraj zostałam prababcią – urodził się najmłodszy Maciejowski
Świat dzisiejszy nieoczekiwany
22.03.2020 o 22:20 #275
Można powiedzieć, że świat dzisiejszy zwariował. Jeszcze miesiąc temu nikt by nie przypuszczał, że będziemy siedzieć zamknięci w domach, że przestaną działać najróżniejsze instytucje, a śmierć będzie zbierać coraz większe żniwo. Tymczasem właśnie dożyliśmy takich zdarzeń. Nie dość, że społeczeństwo od ostatnich wyborów jest coraz bardziej podzielone na zwolenników i przeciwników obecnej ekipy rządzącej, to jeszcze zapanowała pandemia nowego koronawirusa. Wirus pojawił się w Chinach jeszcze pod koniec ubiegłego roku, ale władze tamtejsze najpierw go zignorowały, potem zbagatelizowały, a gdy w końcu zabrały się zań poważnie – było za późno. Rozprzestrzenił się już na cały świat i Bóg raczy wiedzieć, kiedy się uda i czy się uda go zatrzymać.
Na dokładkę ostatnie posunięcia miłościwie nam panujących spowodowały różne niefajne zdarzenia np. w radiu. Niedawno z trójki radiowej odszedł Wojciech Mann, a w ubiegłym tygodniu pożegnał się z nią Jan Młynarski, którego coniedzielna audycja „Dancing, salon, ulica” była moją ulubioną, a ostatni raz zabrzmiała w zeszłą niedzielę. Nie byłam specjalną wielbicielką Manna, ale na jego audycjach wychowały się pokolenia i jest on niewątpliwie osobowością radiową. Natomiast program Młynarskiego z melodiami mego dzieciństwa i młodości przenosił mnie w te czasy, które były często nawet z wielu względów ponure, ale dla mnie miały urok dni szczęśliwych. Moja mama była bardzo muzykalna, grała na fortepianie, miała ładny głos i artystycznie gwizdała. W czasie wojny nie miała na to czasu ani okazji, ale śpiewała zawsze przy jakichś czynnościach manualnych, a ja natychmiast się tych piosenek uczyłam. Pamiętam, jak z młodszym bratem wyśpiewywaliśmy „Ta mała piła dziś i jest wstawiona”, co nam jednoznacznie kojarzyło się z ręczną piłą do piłowania drewna, w czym brat mamie zawsze pomagał. Nie wiedzieliśmy tylko, kto i gdzie tę piłę wstawił. No i teraz nie będę już mogła przenosić się choć na godzinkę w tamte dawne czasy. Szkoda.
Pamiętam, jak w latach 50-tych śpiewaliśmy (po kryjomu) „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki, a chachary żyją …”, więc mam nadzieję, że przeżyjemy i te obecne paskudztwa. Może ja nie, bo jestem już jednak dość stara, ale dzieci i wnuki oby dożyły lepszych czasów.
Ciąg dalszy – Moje liceum – Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu w latach 1950-1952
21.02.2020 o 22:58 #269
W 1950 roku kończyłam 16 lat. Mieszkałam wtedy z rodzicami w Ząbkowicach Śl. i chodziłam do Liceum Ogólnokształcącego. Miałam bardzo starego ojca i młodszego brata – utrzymywała nas mama, która była inżynierem ogrodnictwa i pracowała wówczas w cukrowni Ząbkowice w Dziale Plantacji. Doszłam do wniosku (może pod wpływem koleżanek), że muszę raczej zdobyć jakiś zawód, aby pomóc mamie utrzymać rodzinę, niż kontynuować naukę w ogólniaku. Próbowałam z koleżankami zapisać się do handlówki w Świdnicy, ale była tam tak niesympatyczna sekretarka, że skutecznie mnie zniechęciła do kariery ekonomicznej.
Wtedy przypadkowo spotkałam na ulicy koleżankę z mojej klasy, która oznajmiła, że właśnie zdała egzamin do Liceum Plastycznego we Wrocławiu. Bardzo mnie to zbulwersowało, gdyż w opinii koleżanek to ja właśnie byłam klasową „malarką”. Mama załatwiła mi podróż do Wrocławia samochodem służbowym, którym jechał jej szef. Nie było to takie proste – na rogatkach miasta stały wówczas posterunki MO, które kontrolowały pasażerów samochodów. Kierowca jednak był „nie w ciemię bity” i pojechał przez Klecinę, gdzie żadnych posterunków nie było.
W szkole dowiedziałam się, że są jeszcze miejsca i mogę zdawać egzamin w końcu sierpnia. Przyjechałam już normalnie pociągiem, egzamin zdałam i 1.września mogłam rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Mieszkać miałam u dalekich krewnych mamy.
W PLSP były wówczas klasy „A” – dla uczniów po 7. kl. szkoły powszechnej i klasy „B” – dla tych po 9. kl. LO. Przyszłam do swojej klasy i spotkałam się z następującym przyjęciem: „ty, mała, marsz do swojej klasy, tu nie ma miejsca dla dzieci”. Nie wiem, czy rzeczywiście byłam jeszcze niezbyt wyrośnięta, czy tylko wyglądałam tak smarkato, ale pierwsze kroki nie były zachęcające. Trochę potrwało, zanim klasa mnie zaakceptowała. Trudno jednak się dziwić, skoro najmłodsi mieli po niecałe 16 lat, a najstarszy kolega 26. Takich po dwudziestce było więcej. Dla nich rzeczywiście byliśmy „dzieciakami”.
Szkoła mnie zachwyciła. Nie siedziało się w ławkach, tylko przy stołach zestawionych w rzędy. W naszej klasie były 4 rzędy stołów dla ok. 40 uczniów i uczennic. Służyły nam nie tylko do położenia na nich książek i zeszytów, ale również do takich przedmiotów, jak liternictwo czy kompozycja użytkowa, gdzie na stole musiały leżeć większe arkusze papieru. Na lekcjach rysunku „deski” z przypiętymi arkuszami papieru przeważnie opieraliśmy pionowo o stoły. Lekcje z dwóch przedmiotów odbywały się poza naszą klasą: rzeźba w sali rzeźby (polegała na lepieniu z gliny rzeźbiarskiej) i wiedza o sztuce w klasie na parterze, która jako jedyna miała zaciemnienie i można było korzystać z epidiaskopu. Ten przedmiot wykładał prof. Stanisław Kopystyński, malarz, który był równocześnie dyrektorem liceum. Wychowawcą naszej klasy był prof. Andrzej Will, malarz i autor satyrycznych rysunków, o czym ja wówczas nie miałam pojęcia.
Dla mnie przedmioty ogólne były równie ważne, jak przedmioty artystyczne, szybko więc zostałam „dobrą uczennicą”. Natomiast wielu kolegów (szczególnie tych starszych) urywało się z lekcji matmy czy polskiego, żeby biegać na dworzec kolejowy czy plac targowy i szkicować tam różne typy ludzkie. Uświadomiłam sobie wtedy, że „bycie artystą” nie jest moim powołaniem. Jeżeli interesują mnie wszystkie przedmioty, nigdy nie będę pierwszorzędną artystką-malarką, a „bycie” byle jaką malarką mnie nie pociągało. Doszłam do wniosku, że powinnam pójść raczej na architekturę, gdyż skoro nie mam zadatków na geniusza – rzemieślnik-architekt zawsze będzie potrzebny. Myślę, że pewien wpływ na tę moją postawę miał fakt zaprzyjaźnienia się z rówieśnicą, której ojciec był profesorem historii architektury na Politechnice.”
Klasa IB mieściła się na II piętrze, była duża, jasna i przestronna. Jej wielkie, oszklone drzwi oświetlały ciemny korytarz. Drugim źródłem światła na korytarzu było okno na półpiętrze schodów. Na tych schodach koledzy z upodobaniem ćwiczyli sceny z wojennych filmów – jeden udawał, że strzela, a drugi się staczał po schodach, próbując chwycić się poręczy.
W następnym roku nasza klasa (IIB) mieściła się na I piętrze, też z oknami wychodzącymi na ul. Nową. Po drugiej stronie tej ulicy stała zrujnowana poniemiecka willa, w której schronienie znajdowały różne męty społeczne. Któregoś dnia w czasie lekcji obrzucili nasze okna kamieniami, wybijając wiele szyb. Nasi chłopcy przez okno, korzystając ze ściennej latarni, pobiegli za łobuzami, ale żadnego nie udało im się schwytać. Lekcję przerwano, a nasz wychowawca, prof. Szczupaczkiewicz (malarz), musiał się zająć szybami. Załatwił to w ten sposób, że ramy, w których były wybite szyby, wzięli uczniowie i zanieśli do szklarza. Cała klasa brała w tym udział, zaś na drugi dzień przynieśliśmy je z powrotem. Koledzy robili sobie różne kawały w czasie „pustych przebiegów”, np. pierwszy idący przyczepiał się do kogoś obcego, idącego w tym samym kierunku, a reszta sznureczkiem szła za nim. Czasem dłuższa chwila mijała, nim taki delikwent się zorientował, że coś się za nim ciągnie.
Innym razem przerwę w lekcji sprokurowaliśmy sami. W szkole nie było centralnego ogrzewania – w każdej sali stał piec duży, żelazny, z rurą prowadzącą do przewodu kominowego. Nie było też szatni – wieszaki na okrycia też stały w klasie. Pamiętam jak w zimie, w czasie lekcji angielskiego, ktoś wrzucił do pieca coś śmierdzącego. Profesor kazał otworzyć okna. Wtedy wszyscy rzucili się do wieszaków i zaczęli wkładać płaszcze, kurtki, co tam kto miał. A trzeba powiedzieć, że na język angielski chodziła tylko połowa klasy – druga połowa miała mieć w tym czasie rosyjski, tylko że nie było nauczyciela. Wobec tego w lecie my od rosyjskiego mieliśmy legalne wagary, a w zimie siedzieliśmy w klasie z „anglikami”. Profesorem był kustosz biblioteki Politechniki Wrocławskiej, niewątpliwie znający język, ale nie potrafiący zapanować nad taką zgrają. Przerwy w lekcjach były więc na porządku dziennym.
Ciekawie się ten angielski skończył dla naszej części klasy. Ponieważ na świadectwie maturalnym musiała się znajdować ocena z języka, a połowa klasy nie uczyła się żadnego, rozwiązano to w ten sposób, że musieliśmy się nauczyć czytać i tłumaczyć pierwszy tekst z jakiejś „ich” książki oraz odmieniać przez osoby „to be” i „to have”. Na tej podstawie zaliczono nam język angielski.
Jeszcze w I klasie zaczęłam uprawiać szermierkę. Chyba przyszedł ktoś do naszej szkoły zareklamować ten sport, gdyż do sekcji szermierczej klubu sportowego „Unia” zapisało się sporo uczniów i uczennic „Plastyczniaka”. Okazało się to dla wielu z nas zbawienne, gdyż wśród nauczanych przedmiotów nie było w naszej szkole WF.
Nasi profesorowie dostawali czasem jakieś większe zlecenia przy okazji różnych imprez państwowych. Często wtedy angażowali uczniów do wykonania prac przy tych zleceniach. Pamiętam, jak raz z koleżanką miałam zrobić dekoracje w jakimś pawilonie na terenach „powystawowych” (po Wystawie Ziem Odzyskanych, która była w 1948r.). Zrobiłyśmy dekorację z papieroplastyki, która była wówczas bardzo modna – dekoracja wzbudziła ogólny aplauz, tylko miałyśmy kłopoty z otrzymaniem honorarium.
Gdzieś w połowie II klasy otwarto we Wrocławiu internat dla uczennic szkół artystycznych. Mieścił się on na rogu ul. Biskupiej i Wita Stwosza, w budynku istniejącym do dziś. Wejście było od ul. Biskupiej. Nie wiem, z jakich jeszcze szkół dziewczęta tam mieszkały. Z naszej klasy było 11 uczennic. Pierwsza z koleżanek, która tam zamieszkała, dostała pojedynczy pokój na II piętrze. Resztę z nas, które zgłosiłyśmy się później, ulokowano na IV piętrze w pokojach dwuosobowych. Dawało to dużą swobodę – kierownictwo mieściło się na I piętrze. Ale oznaczało też spore niedogodności – woda dochodziła tylko do II piętra i tam też znajdowała się łazienka i sanitariaty. Ponieważ zaś nasz budynek przylegał do zrujnowanej kamienicy, przychodziły stamtąd szczury i spotkanie szczura na schodach, jak się wracało wieczorem z WC, nie należało do rzadkości. W dodatku na schodach nie było światła – były one oświetlone jedynie pośrednio, światłem padającym z przeszkleń w drzwiach do pokojów (o ile pamiętam, były to przeszklenia takie, jakie teraz robi się w łazienkach).
Pewnego razu, wieczorem, mały szczurek przez otwarte drzwi wpadł do naszego pokoju. Chciałyśmy z moją współlokatorką wyrzucić nieproszonego gościa, ale to nie było takie łatwe. Po pierwsze, trzeba go było złapać. Gdy próbowałyśmy schwytać go za ogon, uciekał na szafę. Chciałyśmy zdjąć go z tej szafy, stając na poręczy łóżka – zeskakiwał na podłogę. Ja miałam taką przedwojenną walizkę – gdy szczurek kolejny raz wlazł na szafę, otworzyłyśmy walizkę na podłodze i zatrzasnęłyśmy, gdy tylko do niej skoczył. No, ale to dopiero połowa sukcesu. Teraz jedna z nas miała go z walizki wypuścić na korytarzu, a druga stała w uchylonych drzwiach pokoju, żeby na korytarzu było coś widać. Naturalnie, jak tylko walizka została uchylona, szczurek skoczył w kierunku światła prosto na nogi tej, co stała w drzwiach. Krzyk, nogi w górę i szczurek znów był w pokoju. Wobec tego zamieniłyśmy się – „bo ty się boisz”. Historia się powtórzyła, więc za trzecim razem, gdy już szczurek był w walizce, bezlitośnie otworzyłyśmy ją za oknem. Choć było to IV piętro, na drugi dzień nie było śladu szczurka na chodniku pod oknami. Podobno te gryzonie przy tego rodzaju okazjach pomagają sobie ogonem.
W maturalnej klasie jednym z przedmiotów była chemia z technologią. W dodatku miał to być przedmiot maturalny. Była to moja zmora (i nie tylko moja). Chemia w ogóle była dla mnie nauką tajemną, wzory chemiczne znaczyły dla mnie tyle, co plamy na ścianie i chodziłam do swojej ciotki, która w czasie wojny studiowała chemię na tajnych kompletach, aby mi rozjaśniała te tajemnice. Pamiętam, że któregoś dnia, idąc się uczyć do ciotki, zatrzymałam się przy koleżankach, które się akurat uczyły głośno czytając o pozłotkach – i potem było to jedno z moich pytań na maturze!
Chemik na szczęście przed maturą zachorował. Ponieważ chyba z pół klasy nie było jeszcze przez niego dopuszczone do matury, „Szczupak” (nasz wychowawca) ujął sprawę w swoje ręce i zrobił nam klasówkę z chemii. W czasie tej „klasówki” chodził między stołami, pytając każdego „czy umiesz to zrobić?” Chemik podobno mało apopleksji nie dostał, jak mu przynieśli te klasówki do poprawy, ale nie zdążył wyzdrowieć przed konferencją pedagogiczną i tak cała klasa do matury została dopuszczona.
Jak już pisałam, wiedzę o sztuce mieliśmy w klasie na parterze. Gdy my byliśmy w IIB, tam się uczyła IVA. Nasze przyjście tam na lekcję, zaczynało się od otwierania okien. Powstała wtedy piosenka, opisująca ten problem:
Czwarta klasa się tutaj uczyła
i okropnie nasmrodziła,
dziki smród jest wzdłuż i wszerz,
się go strzeż, się go strzeż, się go strzeż!
Jeśli chcesz się położyć w grób,
idź do czwartej, tam taki jest smród,
gdy na sztuce musimy tam być
to odechciewa się żyć!
Czwarta klasa … itd.
Śpiewaliśmy to na melodię modnej wówczas piosenki „Uśmiechnij się, a za to / w górach znów spędzimy lato / choć w górach czasem też / pada deszcz, pada deszcz, pada deszcz”.
Tak w ogóle to były dosyć ponure „czasy stalinowskie”, jak się to teraz mówi. Owszem, nie rozmawiało się o wielu rzeczach, które mogły się stać powodem do jakichś nieprzyjemności. Pamiętam, jak w czasie przerwy w rysunku maturalnym (który robiliśmy 3 dni) prof. Szczupaczkiewicz powiedział o mnie: „Jeżewska dla mnie to taka córka dziedzica – jak wyjdzie przed dwór, jak wrzaśnie na ekonoma …” Wszyscy się roześmieli, a ja wychodząc ze szkoły ze swoją przyjaciółką zastanawiałam się, co on może o mnie wiedzieć i czy nie zaszkodzi mi to w najbliższej przyszłości. Miałam bowiem poważny feler – nie należałam do ZMP. Moja przyjaciółka też nie należała, ale jej ojciec był profesorem Politechniki, więc ona się nie obawiała o swoje studia. Ja za to nadrabiałam stopniami – miałam najlepsze stopnie z klasy i spodziewałam się dyplomu „przodownika nauki i pracy społecznej”, bo we wszystkich pracach społecznych brałam zawsze czynny udział (prace polegały np. na odgruzowywaniu jakichś fragmentów wrocławskich ruin). Ale, ponieważ nie należałyśmy do ZMP, nie musiałyśmy zostawać na zebraniach, ani chodzić na różne pochody. Kiedyś w wolny dzień pojechałyśmy na wycieczkę i wracając tramwajem z dworca, zobaczyłyśmy naszą klasę wracającą z pochodu. Gdybyśmy się schowały, byłby spokój, ale nam się zachciało im pomachać, więc kolega przewodniczący ZMP poczuł się w obowiązku pogrożenia nam konsekwencjami. Ale w rezultacie skończyło się na niczym.
Ostatnie tygodnie przed maturą były pogodne i ciepłe. Dziewczęta uczyły się więc często na płaskim dachu naszego internatu, a moja współlokatorka dla rozprostowania kości przeciągała się stając na wystającym fragmencie dachu. Lekcje jeszcze trwały i nasz wychowawca grzmiał na nich: „Co wy tam wyprawiacie w tym internacie? Zamiast się uczyć, jakieś wygibasy na kominach ćwiczycie? Co to będzie na egzaminie?”
Egzamin maturalny zdawaliśmy w naszej klasie. Na pisemnym z polskiego były trzy tematy. Ja pisałam na temat konstytucji, która właśnie w tym roku została uchwalona. Drugiego tematu nie pamiętam, za to trzeci miał być porównaniem przesłania zawartego w książkach Matka Gorkiego i Stare i nowe Rudnickiego. Na 41 osób w klasie nikt go nie pisał, gdyż nie było ani jednej osoby, która by przeczytała obie książki.
Na pisemnym z matmy wielkie wzięcie miały bułki, roznoszone w czasie II śniadania. Ja to znam tylko z opowieści, bo nie potrzebowałam pomocy, ale ponoć koledzy z młodszych klas stanęli na wysokości zadania i zaangażowali odpowiednich „ekspertów”.
Po pisemnym polskim i matematyce był egzamin z rysunku, o którym już wspomniałam, a który zdawaliśmy w auli. Tematem była martwa natura składająca się z jakiejś rzeźby ustawionej na jakiejś konstrukcji i przyozdobionej jakąś draperią. Rysowaliśmy po kilka godzin dziennie przez trzy dni.
Gdy już oceniono nasze prace pisemne i rysunkowe, rozpoczął się czas egzaminów ustnych, które też odbywały się w naszej klasie. Czekaliśmy w napięciu pod drzwiami na wezwanie. Gdy weszłam do sali, posadzono mnie przed polonistą. Obok siedział wizytator z kuratorium. Pierwsze pytanie było o Sielanki Szymona Szymonowica. Zaczęłam odpowiadać, że Żeńcy i Kołacze, a wizytator pyta: „a jak się zaczynają Kołacze? Ja na to, że nie wiem, bo my przerabialiśmy Żeńców. A na to wizytator: Skrzecze sroczka na płocie, jadą goście nowi, sroczka czasem omyli, czasem prawdę powie, widzi pani, już tyle lat minęło od mojej matury, a ja to wciąż pamiętam”. Ja wybuchnęłam śmiechem i powiedziałam, że ja też na pewno to zapamiętam! Podobno koledzy przed salą, którzy stawali sobie na ramionach i zaglądali do sali przez górne szyby w drzwiach, na ten widok orzekli, że ta matura chyba nie jest taka straszna, bo Wiśka ryczy ze śmiechu.
Później zdawałam wiedzę o sztuce, potem chemię z technologią, której się bałam najbardziej, ale pytania nie były zbyt trudne, a poza tym miałam trochę szczęścia, bo odpowiedź na pytanie dodatkowe odgadłam właściwie. Po technologii przyszła kolej na omówienie rysunku maturalnego
Na koniec poproszono mnie o zajęcie miejsca przed profesorem od zagadnień współczesnych. Obok niego siedziała pani – tzw. czynnik społeczny. O ile pamiętam, pierwsze pytanie dotyczyło okresu wspólnoty pierwotnej. Drugiego pytania nie pamiętam, ale dość gładko na nie odpowiedziałam, natomiast trzecie to była rewolucja październikowa. O tej rewolucji wiedziałam tyle, że wybuchła w 1917 roku i że przywódcą był Lenin. Ale w zeszycie do zagadnień mieliśmy podyktowane 5 cech imperializmu wg Lenina i 5 sprzeczności imperializmu wg Stalina (albo odwrotnie), co znakomicie nadawało się do wykucia na pamięć. Wobec tego zaczęłam rzeczowo: Rewolucja październikowa wybuchła w Rosji w 1917 roku. Jej przywódcą był Lenin. A dlaczego wybuchła właśnie tam? Bo Rosja była najsłabszym ogniwem kapitalizmu, którego cechy wymienił Lenin – i tru-tu-tu jedna za drugą – a sprzeczności określił Stalin – i jak byłam w połowie tych „sprzeczności” zachwycona pani „czynnik” przerwała mi wołając: wystarczy, wystarczy, i tak będzie piątka!
Gdy już wszyscy z naszej grupy zostali przepytani, ustawiono nas w szeregu i komisja ściskała nam dłonie. Pani „czynnik” ściskając mi dłoń zawołała z emfazą: a to nasza pani-słowiczek tak śpiewała odpowiedzi! W związku z czym nie było żadnych problemów z dyplomem „przodownika nauki i pracy społecznej” – jeden dostałam ja, a drugi otrzymał przewodniczący klasowego koła ZMP. Taki dyplom pozwalał na dostanie się na studia bez egzaminu wstępnego. Co prawda na architekturę, gdzie złożyłam papiery, trzeba było jednak zdać rysunek, ale po Liceum Plastycznym nie stanowiło to dla mnie problemu.
Wieczorem tego dnia wyjechałyśmy z przyjaciółką nad morze, na Szermiercze Mistrzostwa Polski, które w tym roku odbywały się w Gdańsku. Mnie i kilka osób z naszego Liceum wysłał klub sportowy „Unia”, raczej dla nauki (bo nie startowaliśmy), przyjaciółka pojechała do swojej rodziny. Byliśmy zakwaterowani w Hotelu Nadmorskim w Sopocie i codziennie oglądaliśmy zawody, kibicując wybranym zawodnikom. Poza tym ja z przyjaciółką zwiedzałam Gdańsk i Oliwę, a nawet wybrałyśmy się do Cetniewa, gdzie nasi czołowi szermierze przygotowywali się do Olimpiady w Helsinkach.
Po powrocie do Wrocławia wpadłyśmy w wir przygotowań do Komersu. Bal maturalny też odbywał się w naszej klasie i bawiłam się wspaniale aż do szóstej rano. Złośliwa koleżanka twierdziła, że uwodziłam naszego „kreślarza” (wykładowcę od rysunku technicznego). W rzeczywistości był on studentem Politechniki i na naszym balu czuł się równie dobrze, jak my. A że tańczyło nam się doskonale, wypiliśmy „bruderszaft” i rano odprowadził mnie i moje koleżanki do internatu.
Moja droga na Zachód cd. (7)
09.02.2020 o 23:29 #265
Dość długo nic nie pisałam – szukałam zdjęcia, które byłoby znakomitą ilustracją moich wspomnień harcerskich. Zdjęcie to było zamieszczone na stronach miłośników ziemi ząbkowickiej i dostałam (dzięki Marylce) linki do tych stron, ale mimo wielokrotnych prób przewijania zdjęć do skutku nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Po prostu zdjęć jest tyle, że w końcu pozostają na ekranie puste kwadraty i nic się niżej nie chce wyświetlić. Przypuszczam, że one tam gdzieś są, ale pozostają niedostępne.
Na tym zdjęciu była większość naszej drużyny harcerek (w tamtych latach nie było w harcerstwie koedukacji). Była na niej nasza drużynowa dh. Szurmińska, przyboczna dh. Marysia (o ile dobrze pamiętam), dh. zastępowa i my – zwykłe harcerki. M.in. na samym froncie była Marysia, która była żydówką – wychowanką właścicieli cukierni w Rynku. Nikt jej nie próbował „nawracać”, mimo że całą drużyną chodziłyśmy do kościoła w czasie różnych uroczystości. Były moje koleżanki z klasy – Basia, Terenia i Janeczka, która niedługo potem umarła.
Ta śmierć była wielkim wstrząsem dla nas wszystkich. Była jedną z nas, szóstoklasistek. Była mała, więc siedziała w pierwszej ławce (ja siedziałam za nią, w drugiej ławce). Wtedy w szkole były ławki poniemieckie, na czworo uczniów jedna. W naszej klasie po lewej stronie siedzieli chłopcy, po prawej dziewczynki (patrząc od drzwi – od strony nauczyciela odwrotnie). I kiedyś w czasie lekcji zobaczyłam, że Janeczka nagle przechyla się na kolana siedzącej obok koleżanki – straciła przytomność. Krzyknęłam, lekcję przerwano, wezwano pomoc. Potem Janeczka była w szpitalu, ale już nie wyzdrowiała i całą drużyną odprowadzałyśmy ją na cmentarz. Bardzo żałuję, że nie mogę zamieścić tego zdjęcia – to by było jakieś upamiętnienie jej.
Harcerstwo działało po wojnie do 1948 roku. Naszą komendantką hufca była druhna Janina Pałetko. Podobno w czasie wojny była w Szarych Szeregach – starsze druhny na pewno wiedziały o Niej dużo więcej – my małe nie byłyśmy dopuszczane do wszystkich informacji. Była Ona wówczas matką dwójki małych dzieci, którymi zajmowała się jej matka. Gdy hufiec jechał na obóz, zawsze wynajmowała dla swej matki i dzieci jakiś pokój w pobliżu, żeby móc ich doglądać i równocześnie mieć pieczę nad harcerkami, powierzonymi jej opiece. Druhny funkcyjne na obozie, będące uczennicami starszych klas gimnazjum, były bardzo odpowiedzialne i były dla nas młodszych wzorcami do naśladowania.
Ja, niestety, nigdy nie byłam wzorem. Byłam roztrzepana, zapominalska i wciąż zbyt dziecinna. Dlatego pewnie nie mogłam złożyć przyrzeczenia. W 1948 roku pojechałam na obóz z nadzieją, że w końcu zasłużę na krzyż harcerski. Obóz zaczął się normalnie, zaraz na początku zdobyłam sprawność „zdobniczki” dekorując teren przed naszym namiotem, ale po tygodniu druhna Komendantka została wezwana do Komendy Chorągwi we Wrocławiu. Po Jej powrocie dowiedziałyśmy się, że tam otrzymała polecenie przeniesienia obozu na miejsce przeznaczone dla całej Chorągwi. Nasza Komendantka nie zgodziła się na to, powiedziała, że Jej dziewczęta nie będą 2 razy urządzać obozu, ale musiała obóz zlikwidować. Ustaliła razem z obozową starszyzną, że wrócimy do domu i za resztę pieniędzy pojedziemy jeszcze w czasie tych wakacji na wycieczkę do Krakowa. Na wycieczkę pojechałyśmy, owszem, była bardzo udana, ale ja znów nie mogłam złożyć przyrzeczenia. A potem się okazało, że harcerstwo zostało zlikwidowane, a dla młodzieży powołano nową organizację – Związek Młodzieży Polskiej – ZMP. Nigdy się z tym nie pogodziłam.
Początek bloga otwartego
24.01.2020 o 23:17 #261
Witam wszystkich czytelników mojej pisaniny w Nowym 2020 Roku. Mam nadzieję, że nie będę się „obijać” i w miarę regularnie będę tu zamieszczać swoje wypowiedzi. Dziś chcę podziękować tym wszystkim, którzy tak pozytywnie zareagowali na fakt umieszczenia mego bloga na FB – ich wpisy dodały mi otuchy i przekonania, że mimo starości mogę jeszcze się na coś przydać. Chcę też podziękować memu wnukowi – Piotrkowi – który umieścił mój blog na FB jako jeden z prezentów na „Dzień Babci”.
Podobno jest takie chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach”. Niewątpliwie w takich czasach żyjemy, i niewątpliwie nie jest to lekkie życie. W dodatku nie możemy się pocieszać, że „jakoś to będzie”, bo świat naokoło zwariował i wszystko zaczyna pędzić w jakimś oszalałym rytmie. Żyję wystarczająco długo, żeby widzieć rozmaite „powtórki” z czasów „słusznie minionych”, ale większość rodaków tamtych czasów nie pamięta, a to, czego się o nich dowiadują, ma się nijak do tamtej rzeczywistości. Nie wiem, czy moje wspominanie przeszłości będzie miało wpływ na cokolwiek, ale jak śpiewał niezapomniany Wojtek Młynarski „róbmy swoje, póki jeszcze ciut się chce”. Przynajmniej trzeba próbować.
Moja droga na Zachód cd. (6)
17.12.2019 o 23:19 #256
Właściwie powinnam już skończyć, bo przecież już jestem na tym zachodzie. Myślę jednak, że powinnam doprowadzić swoją peregrynację do Wrocławia, bo we Wrocławiu osiadłam w końcu na resztę życia. Ząbkowice były dla mnie tylko pewnym etapem.
Wielką radością dla mojej mamy był fakt przyjazdu do Ząbkowic inż. Lepszego z rodziną. Otrzymał on zadanie stworzenia urzędu geodezji dla powiatu ząbkowickiego. Naturalnie było to połączone z otrzymaniem ładnego mieszkania w kilkurodzinnym domu z ogrodem. Mama postanowiła posłać mnie na naukę gry na pianinie – pani Lepszowa była taką nauczycielką. Moja mama ładnie grała na pianinie, sama przepisywała sobie nuty, ale całe życie żałowała, że nie uczyła się grać w młodości i postanowiła uszczęśliwić mnie. Niestety, dla mnie nie było to radością, tylko uciążliwym obowiązkiem. Ale zagrałam jakiś kawałek na komisji, która przydzielała poniemieckie pianina dla uczącej się młodzieży.
Moim największym szczęściem było harcerstwo. Bardzo pilnie chodziłam na zbiórki harcerskie i zaraz w czasie pierwszych wakacji w lecie 1946 roku pojechałam na obóz harcerski. Okazało się jednak, że jestem zupełnie niedojrzała do życia obozowego. Pisałam już, że byłam wtedy mała, jak na swój wiek. Ale nie tylko to spowodowało, że umieszczono mnie w budynku z zuchami, a nie w namiotach. Po prostu miałam długie włosy, które mama codziennie zaplatała mi w warkoczyki z kokardami, a ponieważ nie ucięła mi od urodzenia ani jednego włoska, były one cienkie, jak pajęczyna. Ja sama nie potrafiłam się uczesać i komendantka musiała wyznaczyć starszą druhnę do czesania mnie. Może z powodu tych „mysich ogonków” dostałam przezwisko Mysza.
Ten mój pierwszy obóz harcerski był w Lasówce – wiosce koło Barda, które wtedy nazywało się Wartą. Do Warty chodziłyśmy w niedzielę na mszę całą drużyną. Chodziłyśmy też kąpać się w Nysie przy tamie, która była bliżej Przyłęku. O ile wiem, starsze druhny chodziły też pomagać przy żniwach, ale nas małych nie posyłano tam. Na tym obozie była też jedna z moich koleżanek szkolnych, Basia, młodsza ode mnie o kilka miesięcy, ale ona mieszkała w namiocie, bo była wówczas wyższa ode mnie (chodziła w pierwszej czwórce), a przede wszystkim była o wiele bardziej samodzielna. Nikt jej nie musiał czesać, choć też miała długie włosy. Gdy starsze druhny szły do pomocy przy żniwach, my małe zbierałyśmy chrust, bo wieczorami zawsze były ogniska. Przy tych ogniskach uczyłyśmy się piosenek harcerskich, przedwojennych i powojennych. Śpiewałam je, nie zawsze rozumiejąc. Pamiętam np. taką:
„1.-Harcerze będą na „becukszajny”/ Krzywy, garbaty też będzie fajny/ Bo tych harcerzy jest mało tu/ Jest ich zaledwie coś koło stu./ 2.-Na becukszajny materiał lichy/ Same szpargały, same drelichy/ A tym szpargałem harcerze są/ Bo na becukszajn być bardzo chcą./ 3.-Męski narodzie, jakiś ty głupi/ Taki becukszajn każda z nas kupi/ Bo on kosztuje złoty lub dwa/ A te pieniądze każda z nas ma!”
Dziś wiem, że to było wyraźnie efektem wojny, bo becukszajny to były podobno kartki na zakupy z czasów niemieckich. Wówczas nie miałam o tym pojęcia.
Moja droga na Zachód cd. (5)
29.11.2019 o 22:49 #244
Po feriach świątecznych okazało się, że wyjedziemy z Zabrza. Mama nawiązała kontakt z ciocią Lunią, siostrą Taty i postanowiła nas zawieźć do Ząbkowic Śląskich, gdzie syn cioci, Janusz, został właścicielem poniemieckiego młyna. Pojechaliśmy pociągiem do stacji Kamieniec Ząbkowicki, gdzie mieliśmy się spotkać z Januszem. Rodzice z bratem siedzieli przy walizkach, a ja łaziłam po pomieszczeniach dworca, przyglądając się podróżnym. W pewnym momencie zobaczyłam młodego człowieka w wysokich butach i skórzanej kurtce, który wyraźnie kogoś szukał. Pobiegłam do mamy i powiedziałam, że chyba Janusz nas szuka. Rzeczywiście, jak zobaczył moich rodziców, przywitał się i zaczął zbierać nasze manatki. Wsadził nas do wynajętej dorożki, wyglądającej jak dyliżans, a sam wsiadł na motocykl, którym zawsze jeździł. (Ząbkowice leżą 9 km od Kamieńca wzdłuż linii kolejowej, drogą jest to nieco dalej.)
Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie głowa jelenia na kamieniczce przy wjeździe do starego miasta. Potem minęliśmy rynek, koło poczty opuściliśmy stare miasto i okazało się, że ciocia mieszka tuż koło stacji kolejowej. Widocznie zbyt długo trzeba by było czekać na przesiadkę, bo do Ząbkowic prowadziła boczna linia. U cioci zaczęliśmy poznawać nowe mieszkanie, zagospodarowywać się, no i w końcu musieliśmy pożegnać się z mamą, która wracała do Zabrza, żeby tam dotrwać do końca roku szkolnego.
Poszliśmy do nowej szkoły. Chyba dyrektorem był p. Tietianiec, którego syn chodził do jednej klasy z moim bratem. Do szkoły chodziliśmy bardzo chętnie, bo to było jedyne urozmaicenie w naszej sytuacji – inaczej musielibyśmy całe dnie spędzać w towarzystwie starych ludzi. Ja bardzo lubiłam się uczyć, więc szybko nadrobiłam braki i stałam się pełnoprawną członkinią klasowej społeczności. Wstąpiłam też do harcerstwa, bo moją „idolką” była Danka, córka naszych gospodarzy z Zabrza, która przed wojną była drużynową harcerek i ja bardzo chciałam być do niej podobną. Musiałam wtedy być bardzo mała, jak na swój wiek, bo zawsze chodziłam na końcu drużyny, z jednej strony ja, z drugiej moja koleżanka Terenia. Harcerstwo było moją „szkołą życia”, przede wszystkim dzięki naszej komendantce hufca, druhnie Janinie Pałetko. Wszystko to skończyło się, niestety, w 1948 roku!
Na razie nic nie zapowiadało tego, co stało się później. Mama przyjechała zaraz po zakończeniu roku szkolnego i objęła obowiązki prowadzenia księgowości w poniemieckim młynie, którego właścicielem był Janusz. Młynarzem był w dalszym ciągu p. Winter, Niemiec, poprzedni właściciel. Janusz był kimś w rodzaju menagera – załatwiał wszystkie sprawy w urzędach i gdzie było trzeba, jeżdżąc zawsze na motocyklu. Po wyjeździe pp. Winterów, chyba w 1947 roku, Janusz zatrudnił innego młynarza, a sam dalej zajmował się „ważniejszymi” sprawami. Młyn był zabytkowy, wodno-elektryczny, wszystkie urządzenia miał drewniane i cieszył się w całej okolicy sławą najlepszego przemiału. Zjeżdżali się do nas rolnicy z odległości kilkunastu kilometrów, pomimo że w mieście był młyn państwowy. Mama siedziała we młynie przy wejściu i wypisywała kwity.
Wspomniałam o szkole w Zabrzu – tam były problemy z dziećmi, które w czasie wojny nie mogły mówić po polsku. W Ząbkowicach takich problemów nie było. Tu wszyscy byli przyjezdni, tyle że z różnych stron Polski. Ja miałam za sobą tylko szkołę polską. Najpierw, w czasie okupacji niemieckiej chodziłam do szkoły żeńskiej. Po wyzwoleniu w 44 roku poszłam do szkoły koedukacyjnej – uczyliśmy się tam po polsku, ale np. była historia Rosji, język rosyjski i język ukraiński. Po przyjeździe do Polski poszłam do szkoły ośmioklasowej, ale zanim ją skończyłam była reforma i po siódmej klasie szło się do ogólniaka lub do zawodówki. Jak chodziłam do szkoły powszechnej, nie było jeszcze obowiązkowego języka rosyjskiego, w mojej klasie był angielski jako język obcy. Ale jak w 48 roku poszłam do ogólniaka, język rosyjski już był obowiązkowy, w ósmej klasie jako jedyny język obcy, w dziewiątej dołożono nam jeszcze łacinę. A po dziewiątej klasie pojechałam do Wrocławia, do liceum plastycznego i tu już żadnego języka obcego się nie uczyłam – nie dlatego, że go nie było w programie, tylko z powodu braku nauczycieli.
Moja droga na Zachód cd. (4)
18.11.2019 o 20:21 #235
Po minięciu granicy wszystko było dla nas zdumiewające. Zaraz na pierwszej stacji pojawiła się sprzedawczyni słodkich bułek. Były one układane na blasze obok siebie, rosnąc zlepiały się i potem się je odrywało od reszty. Bardzo nam smakowały! Pociąg zaczął mieć przestoje, nie wiadomo było, kiedy ruszy. Z tego, co później słyszałam od mamy, wiem że niekiedy ludzie się składali na jakieś spirytualia dla obsługi, żeby pociąg mógł pojechać dalej.
Pierwszy dłuższy postój był na stacji Dębica. Pociąg stał tam 5 dni, zupełnie bez powodu, jak nam się wydawało. Możliwe, że wtedy właśnie odbyła się ta zbiórka dla obsługi. Drugi kilkudniowy postój nastąpił w Tarnowie. Tam mieszkała kuzynka mamy – pamiętam, że mama nas do niej zaprowadziła i mogliśmy się wykąpać! Wszystko to było okupione nadludzkim wysiłkiem mojej mamy, która musiała sama mierzyć się z wyzwaniami, jakie jej los stawiał na drodze. Pewnego razu na takim postoju raptem tato zaczął się wdrapywać na górę. Chwilę przedtem widziany był na swoim miejscu na materacu, mama więc stwierdziła, że musiał spaść między wagony – dziwne było tylko to, że nic mu się nie stało, ale ponieważ był w płaszczu podbitym futrem i w futrzanej czapce na głowie, uznano to za dowód boskiej opieki nad nami.
Gdy dojechaliśmy do Krakowa, opuścili nas nasi współtowarzysze podróży. Brat inż. Lepszego był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i oni jechali do niego. Nasz pociąg jechał dalej, na Śląsk. Tam stanął na stacji w Bytomiu i tu mama załatwiła wyładunek naszych rzeczy. Miała zamiar dostać się do Zabrza, gdyż tam znaleźli się nasi znajomi z Brzeżan, pp. Siwkowscy, którzy zaoferowali nam wspólne mieszkanie zanim się zagospodarujemy. Mama wysłała dzieci z tatą do Zabrza, chyba dorożką, a sama została, żeby pilnować naszego bagażu. Nie wiem, czy Panna Janka pojechała z nami, czy została z mamą. Wiem z mamy opowiadań, że musiała stawiać czoła pijanym krasnoarmiejcom, którzy próbowali coś podkraść, ale widocznie nic atrakcyjnego nie było na widoku, bo jakoś się jej udało dotrwać do rana. Wtedy wynajęła ciężarówkę, na którą dało się załadować wszystkie nasze bagaże, tyle że niezbyt fachowo. Okazało się to w czasie jazdy – kierowca jechał „po kawalersku” i na jakimś zakręcie mama ujrzała, jak jej skrzynia z porcelaną „frunęła” z góry i roztrzaskała się na jezdni. Kierowca podobno nawet nie zwolnił. (Potem mieliśmy tylko płytkie talerze, bo głębokie były w tej roztrzaskanej skrzyni.)
PP. Siwkowscy odstąpili nam jeden pokój. Mieszkali na pl. Krakowskim, na trzecim piętrze. Mama dostała pracę w sekretariacie szkoły muzycznej, a my z bratem zaczęliśmy chodzić do szkoły podstawowej, która się znajdowała bardzo niedaleko. Ja poszłam do piątej, a mój brat do czwartej klasy. Dzieci w mojej klasie były z różnych stron, niektóre dosyć już zżyte, ale pamiętam, że na pytanie mamy: „jak tam jest w szkole?” odpowiedziałam: „a, mamy taką jedną Szwabkę, nie umie mówić po polsku!” i wtedy moja mama strasznie się zdenerwowała. Powiedziała do mnie: „nie mów tak, to jest taka sama Polka, jak ty, ale tutaj nie można było mówić po polsku, mogło to być ukarane śmiercią. Jak więc ona ma umieć teraz mówić? Nigdy więcej nie nazwij jej Szwabką, ale staraj się jej pomagać w nauce polskiego.” Nie pamiętam już, czy mogłam jej dużo pomóc, bo niedługo przestaliśmy chodzić do tej szkoły. Za to wiem, że siostra mego późniejszego męża (urodzonego w Katowicach), moja równolatka, była właśnie taką „Szwabką” i tak dokładnie starała się wyprzeć niemczyznę ze swojej pamięci, że nie znała później ani słowa po niemiecku. Mój mąż i jego starsza siostra byli dzięki wojnie dwujęzyczni, bo matka w domu rozmawiała z nimi po polsku. Ale oni byli starsi i rozumieli, że poza domem nie można się po polsku odezwać. Natomiast młodsze dzieci mogły być w śmiertelnym niebezpieczeństwie i żadna matka nie chciała ich na to narażać. A po wojnie koleżanki-Polki nie wszystkie miały tak mądrą mamę, jak moja.
Moja droga na Zachód cd. (3)
12.11.2019 o 22:51 #230
W końcu podstawiono wagony towarowe. Ostatni kryty wagon stanął w miejscu, gdzie kończył się peron. Koło nas zatrzymał się pierwszy wagon odkryty, tzw. lora. Mieliśmy ją zagospodarować do spółki z inż. Lepszym. On zagospodarował swoją część w ten sposób, że wśród jego skrzyń utworzono coś w rodzaju pomieszczenia, w którym mogła się schronić cała jego rodzina. Moja mama nie miała pojęcia, jak sobie poradzić z załadowaniem bagaży na lorę. Zgłosili się do tej roboty jacyś Ukraińcy i mama powierzyła im załadunek naszych rzeczy. Wypytywali się, co jest w poszczególnych bagażach, a mama im to mówiła. Potem się okazało, że zapakowali część rzeczy tak, żeby nas okraść w czasie podróży. Wszystkie nasze rzeczy ułożyli w jedną stertę, która sięgała wysokości dachu sąsiedniego wagonu, a na wierzch położyli nasze sprężynowe materace i przykryli celtą, żeby zaś się to nie rozleciało, dwa pionowe słupy stanowiące część wagonu były ściągnięte jakimiś stalowymi linami. Skrzynie były ułożone w ten sposób, że należało się po nich wdrapać na górę i wsunąć pod celtę na materace. Panna Janka miała miejsce dla siebie przy tym wejściu, bardziej siedzące, niż leżące. Mogła za to czymś się osłonić, jak padał deszcz czy śnieg. My byliśmy narażeni na opady, chyba że naciągneliśmy sobie celtę na głowę. Trzeba pamiętać, że nasza podróż odbywała się w listopadzie i trwała przeszło dwa tygodnie.
Cała nasza żywność znajdowała się w dużym koszu na bieliznę. Pakujący nas Ukraińcy ustawili ten kosz na górze w ten sposób, że gdy pociąg dojeżdżał do granicy, zaczepili bosakiem o rączkę kosza i ściągnęli go z wagonu. Mama starała się go utrzymać, ale nie była w stanie. W ten sposób zostaliśmy bez jedzenia – na szczęście te rodziny z transportu, które wyładowywały się zaraz po wjeździe do Polski, dzieliły się z nami swoimi zapasami. Gdyby nie ich postawa, nie moglibyśmy pojechać dalej, bo czas podróży przez Polskę był o wiele dłuższy, niż droga do granicy. Okazało się też, że nie ma wielkiej walizy, w której były najlepsze ubrania nasze i rodziców. Też była w takim miejscu, że można ją było wyjąć bez naruszania reszty bagażu.
Moja droga na Zachód cd. (2)
11.11.2019 o 20:30 #228
W czasie, gdy my handlowaliśmy na targu rzeczami, których nie można było wziąć ze sobą, mama zajmowała się załatwianiem pakowania dobytku, który mieliśmy zabrać. Muszę tu wyjaśnić, dlaczego piszę, że to mama załatwiała coś, czy decydowała o czymś, choć tato żył. Otóż ojciec był stary, a utrata źródła utrzymania zaraz na początku wojny (najpierw weszli do nas Sowieci) wpłynęła na stan jego umysłu bardzo destrukcyjnie. Stał się dla mamy jeszcze jednym „dzieckiem”, o które musiała się troszczyć. Od początku wojny więc to ona była głową rodziny i ona pracowała na jej utrzymanie. Na szczęście została z nami nasza przedwojenna bona, Panna Janka, która już do końca wojny prowadziła nasz dom, prała, gotowała i utrzymywała porządek. Tato głównie pilnował nas.
Pewnego pięknego jesiennego dnia pojechaliśmy z naszymi rzeczami do Potutor – węzłowej stacji kolejowej, odległej o 9 km od Brzeżan. Niestety, pewnie ze względu na to, że mama niezbyt energicznie potrafiła załatwić transport, na miejscu okazało się, że jesteśmy jednymi z ostatnich chętnych do wyjazdu. Cały peron był już dawno zajęty przez wcześniejszych kandydatów do wyjazdu, mało tego – za peronem ciągnął się długi szereg różnych bud czy szałasów. Pierwszym stanowiskiem za peronem była zbudowana z pakunków i skrzyń buda inż. Lepszego, znajomego mamy. Była ona odsunięta od peronu o kilka metrów, bo bezpośrednio za peronem leżała stara kupa końskiego nawozu. Nasze skrzynie zostały wyrzucone w pobliżu, a potem ustawione na tym miejscu z trzech stron i przykryte tzw. „celtą” (grubą, namiotową tkaniną). Pod tą celtą na skrzynkach stały 2 materace sprężynowe, na których kładliśmy się z rodzicami i posłanie Panny Janki. Nawóz pod spodem okazał się bardzo przydatny, bo trochę grzał, a musieliśmy tam spędzić przeszło miesiąc. Naturalnie spało się w tych samych ubraniach i płaszczach, w których się chodziło w ciągu dnia. Pamiętam, że w ciągu całego tego okresu raz nas mama zawiozła do Brzeżan, gdzie mogliśmy się wykąpać.
Dla nas, dzieci, to wszystko było zabawą. Niedaleko była piaskownia, gdzie można się było bawić i urządzać sobie różne domki w ścianach z gliny, wieczorami dorośli palili ogniska, aby zrobić kolację, a potem się przy nich śpiewało albo słuchało ciekawych opowieści. Niestety, czasem były to opowieści tragiczne. Nasz transport nie mógł odjechać wcześniej dlatego, że zginął nasz kierownik – został wciągnięty przez Ukraińców w zasadzkę i bestialsko zamordowany.
Moja droga na Zachód (1)
10.11.2019 o 22:28 #226
Na zamku w Brzegu otwarto nową wystawę, poświęconą wspomnieniom i pamiątkom kresowiaków – nowych mieszkańców tzw. Ziem Odzyskanych, którzy musieli opuścić swoje domy na wschodnich ziemiach przedwojennej Polski i przenieść się w nieznane. Przypomniało mi to, że ja też byłam tzw. „repatriantką ze wschodu” – przyjechaliśmy z Podola, z Brzeżan ostatnim transportem w końcu ,1945 roku. Postaram się opisać swoje wspomnienia z tej podróży. Będą to jednak wrażenia z perspektywy małolatki, jaką wtedy byłam – miałam lat 11. Myślę jednak, że mogą być interesujące dla dzisiejszego odbiorcy.
Naturalnie postanowienie o wyjeździe zapadło gdzieś ponad głowami nas, dzieci. Ja i mój młodszy o rok brat dowiedzieliśmy się o perspektywie wyjazdu dopiero wtedy, gdy mama powiedziała, że będziemy sprzedawać różne rzeczy na targu. Były wakacje, potraktowaliśmy więc tę propozycję jako sympatyczne urozmaicenie dosyć nudnej egzystencji. Nudnej, bo nie było z kim się bawić – rodzina właścicielki naszego domu wyjechała już wcześniejszym transportem.
Co rano więc, odprowadzani przez tatę, przychodziliśmy na brzeżański plac targowy i rozkładaliśmy nasze „towary” na dużym kawałku jakiegoś materiału, leżącym na ziemi. My siedzieliśmy na krawężniku czegoś, co powinno było być chodnikiem. Sprzedawaliśmy najróżniejsze rzeczy, których nie można było zabrać – pamiętam porcelanowe talerze i półmiski, ale były też ubrania i naczynia gospodarskie. Zawsze rozkładaliśmy nasz kram koło pewnej pulchnej pani, mamy mego szkolnego kolegi, która handlowała „pampuchami” – smażonymi na oleju słodkimi i pulchnymi plackami. Ponieważ musieliśmy się pozbyć również większości naszych zabawek, a pieniądze z ich sprzedaży należały do nas, mój braciszek większość swoich przejadał u naszej sąsiadki – zawsze był amatorem słodkości. Raz kupiliśmy sobie pół „litry” czereśni – okazały się pełne robaków. Gdy zastanawialiśmy się, co z nimi zrobić, nasza sąsiadka powiedziała: „taż przecie dzisiaj nie piątek, to nie szkodzi, że z mięsem”, więc spałaszowaliśmy wszystkie.
6. Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu
27.09.2019 o 20:27 #216
Konferencja trwała od 20 do 22 września br. Ze względu na kłopoty zdrowotne na początku tego roku nie zarejestrowałam się w odpowiednim czasie, tak że groziło mi, iż nie będę mogła wziąć w niej udziału. Gdy zadzwoniłam z tą wiadomością na zamek, dyrekcja udostępniła mi gościnny apartament na parterze, dostępny bezpośrednio z krużganka bez potrzeby pokonywania schodów, traktując mnie jako gościa. Byłam tym tak zaskoczona, że nie wiem czy wystarczająco umiałam za ten gest podziękować.
Do Brzegu przyjechałam z Andrzejem Szczudłą, który oprócz mnie przywiózł jeszcze koleżankę z Trzebnicy, a potem woził mnie na wieczorne spotkania, które się odbywały na Wyszyńskiego. W niedzielę odwiózł nas też do domu, mnie do Wrocławia, a ją do Trzebnicy. Jestem mu za wszystko szalenie wdzięczna, bo dzięki temu mogłam się czuć komfortowo.
Konferencja była zaaranżowana wspaniale, Maciek Róg osiągnął wyżyny organizacji takiej imprezy, a równocześnie potrafił (mimo nawału zajęć) służyć pomocą w różnych problemach uczestników.
Nie chcę recenzować poszczególnych wystąpień, z pewnością każdy będzie mógł wyrobić sobie własne zdanie po wydaniu materiałów pokonferencyjnych. Natomiast nowością było podzielenie wystąpień na bloki, przeznaczone bądź dla szerszej publiczności na sali ogólnej, bądź dla węższego grona zainteresowanych w mniejszych salach, toczące się równocześnie. Czasem wybór był bardzo trudny gdy konkurujące ze sobą wydarzenia były równie interesujące. W przerwach dyskutowano w dalszym ciągu, korzystając z mniej sztywnej atmosfery, wymieniano się poglądami, opiniami i wrażeniami, równocześnie racząc się znakomitymi, przygotowanymi dla uczestników, smakołykami.
Na krużgankach były stoiska stowarzyszeń genealogicznych, wydawnictw, a nawet poszczególnych osób, oferujących swoje opracowania, roczniki czy podręczniki. Można było zaopatrzyć się w dowolny egzemplarz, zaopatrzony często w autograf autora lub pieczątkę wydawnictwa.
Dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji był fakt, że obiekt mojej niegdysiejszej działalności, któremu poświęciłam kawał swej zawodowej kariery, tętni życiem i pozwala przeprowadzać tak wspaniałe imprezy. Jestem niesłychanie dumna, że swoją pracą mogłam się przyczynić do odbudowy tego „śląskiego Wawelu”. Równocześnie wspominam niemal z uwielbieniem swego szefa, prof. Jerzego Rozpędowskiego, który był „spiritus movens” takiej właśnie odbudowy dziedzińca zamkowego i który wykonanie tego zadania powierzył właśnie mnie. Dlatego pobyt na tej konferencji i to jeszcze w charakterze gościa dyrekcji Zamku był dla mnie ogromnym przeżyciem i nie wiem, czy będzie w moim życiu jeszcze jakieś zdarzenie, które by przyćmiło ten fakt.
Wznowienie
22.09.2019 o 22:08 #214
Po bardzo długiej przerwie wreszcie będę mogła znów pisać! Bardzo się z tego cieszę, a zawdzięczam to pomocy Maćka Roga, „szefa” brzeskich konferencji genealogicznych. W tym roku odbyła się już szósta – jak zwykle interesująca i wspaniale zorganizowana. Postaram się opisać swoje wrażenia, ale na razie jestem zbyt zmęczona przebytymi zdarzeniami, więc proszę o cierpliwość.
Maćku – dziękuję bardzo za pomoc i błyskawiczne zajęcie się moim problemem, mimo nawału zajęć związanych z konferencją. Stokrotne dzięki!
Zamek w Brzegu (nowe fakty)
24.04.2019 o 23:06 #207
Zdopingowana przez Dyrekcję Muzeum Zamku w Brzegu zaczęłam szukać swoich rysunków dotyczących dziedzińca z czasów odbudowy. Dotarłam do Biblioteki Wydziału Architektury PW. Okazało się, że jest szereg teczek wypełnionych rysunkami, opisanych jako „Materiały do badań …”. Rysunki były przemieszane, część tylko z „moich” czasów, wiele było rysunków detali z czasów późniejszych, niektóre dotyczyły inwentaryzowanych szczegółów. Zaskoczeniem były dla mnie fragmentaryczne odbitki projektów niemieckich, jeden z 1936 (?), drugi z 1943 roku. W niektórych teczkach były jakieś pisma, czasem zdjęcia, czasem różne materiały, dotyczące datowania poszczególnych fragmentów budowli. Udało mi się to wszystko w miarę uporządkować i mam nadzieję, że przyczyni się to do stworzenia udokumentowanej historii odbudowy dziedzińca Zamku.
Dziedziniec Zamku w Brzegu
17.04.2019 o 20:21 #205
[niestety, pusty szkic…]
Kultura śmietnikowa
18.03.2019 o 20:27 #199
Mamy teraz „kulturę śmietnikową”. W każdym osiedlu, w każdej posesji najważniejszy jest śmietnik. Ja wiem, że 30 czy 40 lat temu, jak te osiedla były wznoszone, kubły na śmieci były bez kółek i dlatego śmietniki umieszczano przy ulicach, żeby nie było trudności z ich opróżnianiem. Ale dziś ? Wszystkie kubły są na kółkach i nie ma żadnego uzasadnienia lokowanie śmietnika przy ulicy – a dalej tak się projektuje. To samo w zabudowie jednorodzinnej – kubeł na odpadki kuchenne powinien być w pobliżu kuchni, na odpady zielone w ogrodzie itp., a w te dni, kiedy określone odpadki są odbierane, należy je wystawić przed ogrodzenie. Tymczasem u nas wszystkie kubły są w specjalnym ogrodzeniu, otwartym od ulicy, a niedostępnym od strony wnętrza posesji. I w ten sposób „mój śmietnik świadczy o mnie” – niech żyje „kultura śmietnikowa”!
Ciąg dalszy nastąpi
01.03.2019 o 22:59 #195
Mam taką nadzieję – dziś miałam telefon z Zamku w Brzegu dotyczący mojej wiedzy o tak zamierzchłych czasach, jak jego odbudowa. Może więc ruszy się coś w przywracaniu świadomości dzisiejszych mieszkańców i gości dokonań ich poprzedników, ludzi mego pokolenia, którzy poświęcili swój talent i pasję przywracaniu świetności tego miejsca. Będę bardzo szczęśliwa, jeśli moje nadzieje się spełnią. Na razie – bądźmy dobrej myśli.
Brzeżany
08.02.2019 o 20:15 #189
Dziś na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu odbył się wernisaż wystawy „BRZEŻANY. OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA” – ze zbiorów Ryszarda Brzezińskiego. Jest to pierwsza wystawa z nowego cyklu, poświęconego miastom kresowym drugiej Rzeczypospolitej. Niestety, nie mogłam być tam obecna, bo dopiero od dwóch tygodni mam wszczepiony rozrusznik, a jakoś trudno mi było znaleźć kogoś z samochodem, chętnego do podwiezienia.
Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie ja na tzw. „Ziemie Odzyskane” przyjechałam z Brzeżan. Byłam wtedy dzieckiem, miałam 11 lat i pamiętam kilkutygodniowe jesienne koczowanie na węzłowej stacji Potutory (linia kolejowa z Brzeżan do Lwowa była zbombardowana). Nasz transport był podobno ostatni, a czekaliśmy tak długo, bo banderowcy zamordowali kierownika naszego pociągu. Potem okrężną drogą jechaliśmy do Lwowa i dalej na zachód. Cała podróż trwała przeszło 2 tygodnie, a był to już listopad 1945 roku. Dla nas, dzieci, to wszystko było zabawą, przygodą. To że się spało w zimowych ubiorach, tylko pod przykryciem z jakiejś plandeki, że się jechało w padającym śniegu lub deszczu, że jak pociąg stawał, to nie wiadomo było, kiedy ruszy dalej … Ale jak sobie pomyślę, co przeżywała wówczas moja Mama, to mi się zimno robi. Wszystko spoczywało na jej barkach, bo Ojciec mój był stary i był raczej jeszcze jednym obciążeniem, tak jak ja z bratem. O tym, jak nas okradli pakujący nas ludzie z obsługi pociągu, zabierając kufer z lepszą odzieżą, czy ściągając przed granicą kosz od bielizny z całym naszym jedzeniem można by napisać tomy. Ale jeszcze więcej powinno się napisać o współtowarzyszach z transportu, którzy przynosili nam część swoich zapasów, żebyśmy nie zginęli z głodu. Dzięki nim dojechaliśmy szczęśliwie.
Jak to się dziwnie plecie. Po wielu, wielu latach – ja, przybyła niegdyś z Podola, mogłam się przyczynić do przywrócenia świetności temu Zamkowi, w którego murach otwarto tę wystawę. I w Brzeżanach był zamek – możnego kresowego rodu Sieniawskich. Nagrobki Sieniawskich w Kaplicy Zamkowej były ponoć warte nawet wawelskich – nic z tego nie zostało. Gdy Armia Czerwona zajęła miasto, w tej Kaplicy urządzono stajnię. Widziałam to jako dziecko. Może dlatego w swojej zawodowej działalności miałam sentyment do przywracania życia miejscom zdegradowanym. Może?
Rolnictwo
06.02.2019 o 22:49 #187
O właśnie – słucham radia i wreszcie słyszę to, co powinni słyszeć wszyscy. Przecież to, co wygadywał dziś pan Kołodziejczak, to są wierutne bzdury. Żaden minister ani prezydent nie doda ani grosza do cen płodów rolnych, gdyż nie od nich to zależy. Dlaczego dobrze się ma produkcja mleczarska, a owocowa i jarzynowa nie? Bo mleczarstwo ma swoje organizacje – spółki czy spółdzielnie – i pojedynczy rolnik nie sprzedaje swego mleka gigantom handlowym. A producenci owoców płaczą, że im pośrednicy płacą za mało. Ale do głowy im nie przyjdzie, żeby się zjednoczyć i negocjować ceny bez pośredników. Właśnie w radiu mówią o „grupach producentów rolnych” i tym podobnym pomysłach, które mogłyby spowodować poprawę opłacalności produkcji rolnej. Podobno „myślenie ma u nas kolosalną przyszłość”, tylko z teraźniejszością jest dużo gorzej.
Rozrusznik
szkic 02.02.2019 o 22:27 #184
W zeszły czwartek dostałam stymulator popularnie zwany rozrusznikiem. Mam nadzieję, że teraz będę się mogła częściej wypowiadać na różne tematy, gdyż będę szybciej „przyswajała” nowe treści. Ale jak to będzie – zobaczymy.
Religia w szkole
08.01.2019 o 20:14 #180
Słucham radia i uszom nie wierzę – jakiś przedstawiciel episkopatu twierdzi, że „religia zawsze była w szkole, z wyjątkiem okresu komunistycznego od roku 1960 do 1990”!
Nieprawda ! Religia była w szkole zaraz po wojnie, kiedy przysłani z Moskwy komuniści jeszcze udawali, że są rządem „wszystkich Polaków”. Skończyło się to w 1948 roku. Wtedy zlikwidowano powojenne harcerstwo, religię w szkole i utworzono ZMP – Związek Młodzieży Polskiej, do którego mieli należeć wszyscy młodzi Polacy. Doskonale to pamiętam – w mojej klasie była młoda repatriantka z Francji, która była przewodniczącą klasowego koła ZMP. Ja się zawsze dobrze uczyłam, więc ona koniecznie chciała mnie widzieć w tym kole, ale ja byłam uparta – mnie zlikwidowali moje ukochane harcerstwo, więc żadna inna organizacja mnie nie interesowała. Musiałam mieć tylko dobre stopnie, żeby brak przynależności do ZMP nie był przeszkodą w późniejszym okresie.
W dodatku po roku 1948 nie było też nauki religii w kościele – po prostu nie było jej nigdzie. Nie wiem, kiedy zaczęto uczyć religii na parafiach. W każdym razie w drugiej połowie lat 60-tych, kiedy moje dzieci poszły do szkoły, już była w salkach katechetycznych na parafii. Wydaje mi się, że to był najlepszy okres w nauczaniu religii. Uczestnicy tych grup byli zmotywowani do nauki i jeżeli prowadzący katecheta był mądry i potrafił rozmawiać z młodzieżą, dzieci starsze i młodsze chodziły bardzo chętnie na te spotkania. Często też angażowały się w różne aktywności na parafii.
Życzenia
19.12.2018 o 20:47 #168
Wszystkim, którzy tu trafią, życzę Wesołych Świąt i Dosiego Roku. Piszę to razem, choć teraz wszędzie piszą to osobno, ale sto lat temu (i w ogóle przed wojną) pisano to razem. Wg mnie jest to wyrażenie idiomatyczne i bez względu na źródłosłów powinno być pisane razem. Mam nadzieję, że w końcu filolodzy dojdą do tego, żeby wrócić do starego sposobu pisania.
Ćwiczenie
15.12.2018 o 22:46 #158
Majka mi poleciła ćwiczyć nabyte umiejętności, próbuję więc to robić.
Zdjęcie z czasów budowy balustrady krużganków zamkowych w Brzegu, ze zbiorów Wisi Maciejowskiej
To jest zdjęcie z czasów budowy balustrady krużganków, które miałam w całym zestawie zdjęć z Brzegu. Nie wiem, jak będzie wyglądało dodawanie zdjęć z innych miejsc, ale na dziś to już wystarczy.
Podziękowanie
15.12.2018 o 15:19 #153
Dzięki Majce udało mi się zamieścić tekst o dziedzińcu zamku w Brzegu, który czekał od sierpnia. Hip, hip, hurra!
Majeczko – buziaczki!
Dziedziniec Zamku Piastów Śląskich w Brzegu
15.12.2018 o 15:03 #141
Pierwszy raz zobaczyłam zamek w Brzegu na początku lat 50-tych, najpewniej w czasie szkolnej wycieczki. Zapamiętałam z ówczesnego dziedzińca jedno przęsło krużganków na trzech kondygnacjach, tuż obok bramy (dużo później dowiedziałam się, że była to makieta gipsowa). Przęsło to, postawione niedługo przed wojną, było wyrazem poglądu niemieckich konserwatorów na domniemany wygląd dziedzińca zamkowego przed zniszczeniem (il. 1)
1. Fragment dziedzińca zamkowego w 1948 r. – zdjęcie skopiowane z portalu „Hydral”
Na zdjęciu widać dobrze kolumny pierwszego piętra – mają głowice jońskie, tak jak kolumny parteru. Konserwatorzy niemieccy przyjęli, że głowice kolumn wszystkich kondygnacji krużganków były takie same jak te zachowane w przyziemiu (il. 2).
Drugi raz pojechałam do Brzegu, gdy zostałam kierowniczką Zakładu Doświadczalnego przy Instytucie Historii Architektury, Sztuki i Techniki Politechniki Wrocławskiej (IHAST). Gdzieś w roku 1970 nasz Zakład otrzymał zlecenie od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (WKZ) w Opolu, pani Jesionowskiej, na opracowanie projektu krużganków dziedzińca Zamku Piastowskiego w Brzegu.
Projekt odbudowy zamku, opracowany w warszawskim oddziale PP Pracownie Konserwacji Zabytków (PKZ) przez architektów Tomasza Kornackiego i Wacława Podlewskiego, nie był poprzedzony żadnymi badaniami stanu pierwotnego obiektu, ani nie korzystał z prowadzonych od 1961 r. przez Politechnikę Wrocławską badań architektoniczno-archeologicznych. Przewidywał on żelbetową konstrukcję krużganków dziedzińca, okładaną piaskowcem. Zresztą nie tylko konstrukcyjne elementy miały być tak wykonane – nawet tralki balustrady miały mieć rdzeń żelbetowy i piaskowcową okładzinę. Dokumentacja wykonawcza krużganków zajmowała całą szafę biurową, gdyż wszystkie kawałki okładzin narysowane były w skali 1:1, a niektóre elementy miały nawet po cztery i więcej takich kawałków. Wygląd krużganków był oparty na poniemieckiej gipsowej makiecie przęsła przy bramie wjazdowej, stojącej do czasu rozpoczęcia odbudowy zamku (il. 1).
2 -dziedziniec zamku wg XIX-wiecznej rekonstrukcji. Czyżby chodziło o Hermanna Kurtza, autora pierwszej monografii zamku z 1885 r.? (fot. z portalu „Hydral”
Na szczęście dyrektor Instytutu (wówczas już docent) Jerzy Rozpędowski pełnił z ramienia opolskiego WKZ nadzór konserwatorski nad pracami na zamku, prowadząc równocześnie badania architektoniczno-archeologiczne. Po konsultacjach z konstruktorami, współpracującymi z naszym zakładem, zawetował projekt warszawskich architektów w części dotyczącej dziedzińca, jako niezgodny z zasadami konserwatorskimi oraz błędny od strony konstrukcyjnej (inna jest mrozoodporność betonu, a inna piaskowca; po paru sezonach zimowych okładziny spojone zwykłą zaprawą cementową zaczęłyby odpadać – do dzisiejszych technologii było wówczas bardzo daleko). Zapadła decyzja budowy kamiennych krużganków (il.3).
W trakcie prowadzonych na zamku badań, Rozpędowski odkrył pod tynkiem na I piętrze krużganków pozostałość po skutej głowicy półkolumny. Proporcje tego kamiennego fragmentu nie pozostawiały wątpliwości, że nie mogła to być głowica jońska, ale wydawało mu się, że nie może to być i głowica koryncka. Doszedł do wniosku, że była to nietypowa głowica z jednym rzędem liści akantu i okrągłym abakusem.
3. Projekt krużganków – widok i przekrój przęsła
Moim zadaniem, jako kierującej Zakładem Doświadczalnym IHAST, było sporządzenie architektonicznego projektu kamiennych krużganków. Trzeba było zacząć od dokładnej inwentaryzacji ścian zamkowych okalających dziedziniec, gdyż pobieżna konfrontacja projektu warszawskiego ze stanem faktycznym wykazała duże niezgodności. Same pomiary były zadaniem dość karkołomnym, jako że krużganki istniały w formie szczątkowej – pozostało tylko parę przęseł parteru. Gdy rozpoczynaliśmy pracę, w niektórych wnętrzach nie było stropów, ściany więc były z zewnątrz i od wewnątrz niedostępne. W tamtym czasie nie było tak powszechnych dzisiaj rurowych rusztowań ani samochodowych podnośników do prac wysokościowych. Zdecydowaliśmy się na wykonanie inwentaryzacji przy pomocy fotogrametrii.
Zdjęcie fotogrametryczne charakteryzuje się brakiem skrótów perspektywicznych, może więc służyć do pomiarów. Mierząc jakiś odcinek ściany na parterze – dostępny bez problemów – i ten sam odcinek na zdjęciu otrzymywało się proporcje, które należało zachować przy rysowaniu.
4. Skrzydło południowe zamku – widok od strony dziedzińca – inwentaryzacja fotogrametryczna z 1970 r.5. Skrzydło wschodnie zamku – widok od strony dziedzińca – inwentaryzacja fotogrametryczna z 1970 r.
Zdjęcia skrzydła południowego, które stanowiło największe wyzwanie, wykonano z dachu baraku, w którym mieściło się biuro odbudowy, położonego naprzeciw południowego skrzydła zamku, poza dzisiejszą ścianą północną (il. 4). Zdjęcia skrzydła wschodniego wykonano z okien skrzydła zachodniego (il. 5).
Elewacje zostały pomierzone i można było przystąpić do rozrysowywania krużganków.
Projektowanie rozpoczęłam od rozrysowania kolumn przyziemia wg istniejących reliktów. Północne krańce krużganków miały być zakończone klatkami schodowymi, których fundamenty odkryto w czasie badań. Badania wykazały również, że całe założenie było od północy zamknięte murem kurtynowym, który postanowiono odtworzyć (il. 6).
6. Rzut przyziemia dziedzińca zamkowego
W czasie prac inwentaryzacyjnych odkryto też nad bramą fragment bazy kolumny I piętra, który miał inne zakończenia od strony bramy i inne z drugiej strony, co uznaliśmy za dowód, że nad łukiem bramy nie było balustrady. Nie było żadnego wiarygodnego przekazu dotyczącego wyglądu tego fragmentu, więc nie mogło być mowy o rekonstrukcji (il. 7).
Na rysunku dobrze widać różne potraktowanie balustrad nad bramą i na pozostałej części krużganków. Nad bramą zaprojektowaliśmy gładkie płyty piaskowcowe z tym, że na rysunku zaproponowałam wypełnienie ich pól napisami informującymi o historii budowy i odbudowy zamku. Zapełnienie pustych miejsc drobną formą, jaką stanowiłoby pismo, wyszłoby na dobre wizerunkowi samej bramy, dla której gładkie tafle kamienia są za ciężkie w zestawieniu z koronkową dekoracją rzeźbiarską zachowanej części (il. 8).
7. Projekt krużganków – widok
Niestety, Rozpędowski z wrodzonej skromności nawet nie poruszył tej kwestii w kontaktach z panią Jesionowską z wielką szkodą dla obecnego wyglądu zwieńczenia bramy.
Dla mnie wypełnienie tych pól napisami byłoby dopełnieniem widoku bramy, zgodnym z charakterem tego obiektu i „duchem epoki”. Umieszczenie zaś w tak widocznym miejscu historii odbudowy zamku nie pozwoliłoby na powielanie fałszywych informacji o odbudowie obiektu.
Jak wspomniałam, sprawą mocno dyskusyjną był kształt głowicy kolumn I piętra. Rozpędowski nie miał jasnego pomysłu na jej kształt. Wydawało mu się, że może to być tylko głowica „niby koryncka” z jednym rzędem liści akantu i okrągłym abakusem. Ja bardzo sceptycznie odniosłam się do tego pomysłu. Pomimo leżących na moim biurku zdjęć skutego fragmentu, do którego rzeczywiście nie pasowały żadne znane nam głowice korynckie, postulowany okrągły abakus nie dawał mi spokoju. Wydawał mi się elementem z innej bajki – renesansowe głowice korynckie nie znały takiej formy.
8. Widok fragmentu dziedzińca zamkowego przy końcu odbudowy.
Siedząc któregoś dnia przy desce (kreślarskiej! mowa o tych czasach, gdy architekt pracował przy desce, a nie na komputerze), zastanawiałam się po raz kolejny nad rozwiązaniem tego dylematu. Jak musiałaby wyglądać głowica koryncka, żeby jej przekrój przez środek był identyczny ze śladem w ścianie zamku? Zaczęłam ją sobie na boku szkicować, cały czas pamiętając o skutym fragmencie. Po narysowaniu ze zdziwieniem stwierdziłam, że gdzieś już to widziałam – chwyciłam zdjęcia detali ścian od strony dziedzińca i – ależ tak!
Podobne głowice mają pilastry w portalach wychodzących na niegdysiejsze krużganki i pilastry flankujące bramę od strony dziedzińca. Dotychczas nikomu z nas nie przyszło do głowy, że głowice kolumn mogą być podobne do głowic pilastrów.
Bardzo podekscytowana pokazałam rysunek i zdjęcia szefowi. Przyjrzał się im bardzo dokładnie bez słowa komentarza, choć było to zupełnie niezgodne z jego koncepcją. Następnego dnia przyniósł mi zdjęcie krużganków zamku w Guestrow, będącego dziełem tegoż Franciszka Parra, twórcy brzeskiego dziedzińca. Głowice kolumn I piętra miały wygląd taki sam, jak wymyślony przeze mnie poprzedniego dnia. To zadecydowało, że mój projekt został zaakceptowany.
9. Projekt głowicy pierwszego piętra – widok i przekrój
Pozostało narysowanie projektu głowicy w skali 1:1 (il. 9) i na podstawie tych rysunków artysta rzeźbiarz Władysław Tumkiewicz wykonał model i odlew gipsowy (il. 10), który posłużył do wykonania wzorcowej głowicy kamiennej (jeszcze parę lat temu znajdowała się na dziedzińcu zamku).
10. Głowica kolumny I p. – projekt Jadwiga Maciejowska, model gipsowy Władysław Tumkiewicz
Tak wygląda pełny obraz dochodzenia do dzisiejszego wyglądu zamkowego dziedzińca. Dziś widzowi patrzącemu na piękne arkady nie przyjdzie do głowy, że mogłyby one wyglądać zupełnie inaczej. Stare polskie przysłowie mówi: „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Myślę, że pasuje tu, jak ulał.
Nie wszyscy muszą być entuzjastami rekonstrukcji architektury zabytkowej. Jak pisze M. Zlat („Brzeg”, Ossolineum, 1979), „W trwającej kilka lat dyskusji nad projektem restauracji zamku wysuwano różne pomysły ożywienia zabytku bez uzupełniania go rekonstrukcjami, tym bardziej tu nie wskazanymi, że musiały odtwarzać niezbyt dobrze znany stan sprzed dwu stuleci. Ostatecznie jednak raz jeszcze zwyciężyła konserwatywna koncepcja rekonstrukcji.”
Należy zwrócić uwagę, że decyzja o zmianie projektu rekonstrukcji krużganków dziedzińca zamku w Brzegu została poprzedzona gruntownymi badaniami architektoniczno-archeologicznymi, które pozwoliły przybliżyć nas do wiedzy na temat stanu obiektu przed dwoma stuleciami. Nie wiemy, jak by wyglądał dziedziniec zamku, gdyby zwyciężyła inna koncepcja. Natomiast efekt tej „konserwatywnej” możemy podziwiać obecnie.
Pisząc o zamieszczaniu fałszywych informacji o historii odbudowy zamku, myślę o tych zawartych w opracowaniu M. Zlata „Zamek piastowski w Brzegu” (Instytut Śląski w Opolu, 1988), który za jedynych autorów odbudowy uważa Kornackiego i Podlewskiego, zaś z Rozpędowskiego zrobił „nadzorcę prac budowlanych” (sic!). W rzeczywistości architekci warszawscy są autorami odbudowy zamku z wyjątkiem dziedzińca. Autorem koncepcji projektu rekonstrukcji dziedzińca zamkowego jest bezsprzecznie prof. dr arch. Jerzy Rozpędowski, ja zaś jestem autorką projektu rekonstrukcji głowicy kolumny I piętra oraz opracowania projektu całości. Wysłałam wówczas do prof. Zlata sprostowanie, ale nie doczekałam się ani sprostowania, ani odpowiedzi.
Tekst ten był zamieszczony w pierwszym numerze PARANTELI – rocznika Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu z roku 2016. Niestety, kiepskie ilustracje spowodowały, że przeszedł bez echa. Można zapytać: dlaczego opublikowaliśmy tego typu tekst w zeszytach Towarzystwa Genealogicznego? Przecież tu nie ma słowa o genealogii, nieprawdaż?
Owszem, to prawda. Ale poszczególne fragmenty opracowań genealogicznych stanowią przyczynek do dziejów całego społeczeństwa – są kamyczkami większej mozaiki. Takimi samymi kamyczkami są wiadomości o zdarzeniach nam współczesnych, które, nieudokumentowane, umykają naszej pamięci. Dlaczego nie staramy się o podkreślanie naszego wkładu w przywracanie pewnych wartości naszej kulturze? Książęta brzescy, mimo silnych związków z kulturą niemiecką oraz politycznej podległości koronie czeskiej, byli dumni ze swojego pochodzenia od królewskiego rodu Piastów i ten swój rodowód pokazali całemu światu na elewacji bramy zamkowej. Panowali na ziemiach, gdzie na wsiach do ostatniej wojny można się było porozumieć po polsku. Tymczasem my, opowiadając o czasach minionych, pokazujemy prawie wyłącznie dokonania autorów niemieckich, zapominając o własnych osiągnięciach. Niech ten tekst przywróci właściwe proporcje w spojrzeniu na brzeski Zamek – miejsce naszych dorocznych spotkań genealogicznych.
Korzystałam z:
– własny tekst autorki w księdze pamiątkowej „Nie tylko zamki”, szkice ofiarowane prof. Jerzemu Rozpędowskiemu w 75 rocznicę urodzin, wyd. Oficyny Wydawniczej Politechniki Wrocławskiej Wrocław 2005, str. 147-152;
– Jerzy Rozpędowski, „Rezydencja piastowska w Brzegu” – komunikat z badań archeologicznych w roku 1961, Zeszyty naukowe Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1963;
– Mieczysław Zlat, „Brzeg”, Ossolineum 1979;
– Mieczysław Zlat, „Zamek piastowski w Brzegu”, Instytut Śląski w Opolu, Opole 1988.
Wernisaż wystawy na Dworcu Głównym
15.12.2018 o 13:56 #132
Dziś, (tj. 7.12.) odbył się wernisaż naszej wystawy w filii Biblioteki Publicznej na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Były plansze do oglądania (i czytania), występ wokalny, przemówienia i degustacje ciast i owoców oraz napojów (nie-wyskokowych). W spotkaniu uczestniczyli przeważnie autorzy wystawianych plansz.
Nowy wpis
24.11.2018 o 18:41 #124
Dzięki pomocy Maćka doszłam do umiejętności pisania mego bloga. Jeszcze nie wiem, jak będzie z opublikowaniem tego tekstu, bo już raz próbowałam bez rezultatu, ale może w końcu się uda. Na razie ćwiczę …
Nareszcie!
szkic nieopublikowany 24.11.2018 o 18:26 #105
„Po długich a ciężkich cierpieniach” doszłam do umiejętności napisania tekstu, naturalnie dzięki nieocenionej pomocy Maćka. Serdeczne dzięki!
11 listopada
21.11.2018 o 22:08 #78
Z okazji święta pewnie będą patriotyczne śpiewy. Ciekawa jestem, jak będą śpiewać najpopularniejszą przedwojenną piosenkę wojskową „Piechota”. Zaczyna się ona od słów:
„1. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, Nie noszą ni srebra, ni złota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.
2. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Już idą, a w słońcu kołysze się stal, Ludziska zerkają zza płota, A oczy ich dumne utkwione są w dal – Piechota, ta szara piechota.
3. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie grają im surmy, nie huczy im róg, A śmierć im pod stopy się miota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota”.
Jest to jedyne znane mi przedwojenne wydanie tej piosenki z 1939 roku przez Wydawnictwo Misjonarzy Słowa Bożego na prawach manuskryptu p.t. ARION.
Po wojnie wszystkie śpiewniki podawały niewłaściwy układ tekstu. Dopiero w śpiewniku „Nasz głos” wydanym w Opolu w 2006 przez Wydawnictwo Świętego Krzyża jest ten tekst prawidłowo p.t. „Maszerują strzelcy”. Różni się on w szczegółach, więc go tu podaję:
„1. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, Nie noszą ni srebra, ni złota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.
2. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Bo idą, a w słońcu kołysze się stal, Dziewczęta zerkają zza płota, A oczy ich dumnie utkwione są w dal – Piechota, ta szara piechota.
3. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie grają im surmy, nie huczy im róg, A śmierć im pod stopy się miota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.”
Tak śpiewałam po wojnie w harcerstwie, zanim je zlikwidowano w 1948.
Wycieczka
21.07.2018 o 20:56 #71
20 i 21 bm byłam z wycieczką genealogów w Kamieńcu Ząbkowickim i w Ząbkowicach. Było to dla mnie duże przeżycie – od niektórych zdarzeń związanych dla mnie z tymi miejscami upłynęło przeszło 70 lat! Udział w wycieczce mogłam wziąć dzięki mojej córce, która zdecydowała się pojechać ze mną i holować stare babsko, aby nie odstawało zbytnio od całej grupy.
W Kamieńcu zobaczyłam tę salę, w której byłam ze szkolną wycieczką w 1946 roku, na przedwojennym zdjęciu tam eksponowanym. Widoczny był na nim jeden z portretów, które widziałam postrzelane. Na zdjęciu widać też żyrandole, które jak mi się wydaje, też tam wisiały w czasie naszej szkolnej wycieczki i też były postrzelane.
W Ząbkowicach dowiedziałam się, kto i kiedy wybudował szkołę podstawową, do której chodziłam i moje gimnazjum (a raczej liceum), popadające dziś w ruinę. Pan przewodnik pokazał nam różne ciekawostki lokalne i dużo opowiadał o strasznym pożarze, który strawił miasto w 1858 roku i jest powodem braku źródeł pisanych dotyczących jego historii. Niestety, jeśli chodzi o rzekę Sadlnę pan przewodnik stał na stanowisku, że obecne nazwy są właściwe i hierarchia cieków też.
Zamek ząbkowicki był jednym z ostatnich punktów programu. W materiałach, jakie otrzymaliśmy jest mowa o podpaleniu zamku w 1946 roku. Nie przypominam sobie takiego zdarzenia – przeciwnie, pisałam o tym, jak nam dzieciom ostatni niemiecki „burgrabia” pokazywał pomieszczenia na zamku właśnie wtedy.
Wycieczka była bardzo udana również z powodu miejsca noclegu u OO.Pallotynów w Ząbkowicach. Wygodny nocleg i bardzo dobre wyżywienie dopełniło przyjemności z tej eskapady.
Ząbkowice Śląskie
24.03.2018 o 21:07 #49
Mieszkałam kiedyś w Ząbkowicach Śl. Było to niedługo po wojnie, przyjechaliśmy tam w styczniu albo w lutym 1946. Pamiętam jazdę bryczką ze stacji w Kamieńcu Ząbkowickim i widok głowy jelenia na ścianie kamienicy w miejscu, gdzie z ul. Kłodzkiej skręcało się w ul. Dolnośląską. Ciotka, do której jechaliśmy, mieszkała wówczas na al. Niepodległości, tuż przed ząbkowickim dworcem kolejowym.
Niedługo po przyjeździe zaczęłam chodzić do szkoły, do piątej klasy. Nowe koleżanki i koledzy, nieznani nauczyciele – ale nie tylko ja byłam tam nowa, oni wszyscy znali się najwyżej od początku roku. Poprzednią klasę każdy kończył gdzie indziej.
Koleżanki mi powiedziały, że w szkole jest drużyna harcerska, więc zaraz do niej wstąpiłam, bo pamiętałam sprzed wojny córkę znajomych moich rodziców, która była drużynową i bardzo mi imponowała. Sama myśl, że stanę się podobna do niej, była dla mnie źródłem satysfakcji. Harcerstwo stało się wkrótce moją największą pasją.
W tym czasie jeszcze nie odczuwało się późniejszej opresji czasów stalinowskich. Kino wyświetlało jeszcze powojenne filmy angielskie – pamiętam film „Pięciu zuchów” o pięciu braciach, ich dziecięcych przygodach i późniejszej służbie wojskowej oraz film „Konwój” o morskim konwoju do Murmańska. Harcerstwo też było kontynuacją przedwojennego ZHP. Gdy były jakieś uroczystości państwowe nasza drużyna maszerowała ulicami miasta, a jak wyjeżdżałyśmy na obóz, całą drużyną w niedzielę maszerowałyśmy do kościoła.
Zamek ząbkowicki był ruiną, ale nie cały. Wieża bramna była zamieszkała przez starego Niemca, który musiał być ostatnim sługą jego poprzednich właścicieli. Gdy przyszliśmy w kilkoro dzieci, pozwalał nam wejść do dużej sali nad bramą, gdzie pokazywał nam ogromną drewnianą tablicę w złoconej ramie z drzewem genealogicznym, pewnie panów zamku. W latach następnych pamiętam ćwiczenia gimnastyczne żeńskiej części klasy na placu koło zamku w ramach lekcji WF. Przypuszczam, że męska część klasy grała wówczas w piłkę na boisku szkolnym.
Pamiętam też wycieczkę szkolną do Kamieńca Ząbkowickiego w celu zwiedzenia zamku. Nie był on jeszcze wtedy ruiną, owszem, było widać, że został opuszczony nagle, bez przygotowania. Pamiętam wielką salę na piętrze, w której na ścianach wisiały ogromne portrety, niestety postrzelane, lub pocięte bagnetami. Wydaje mi się, że ze stropu zwieszały się jeszcze żyrandole, ale głowy za to nie dam. Chodziliśmy po całym zamku – był doszczętnie wyszabrowany z wyposażenia, w wielu pomieszczeniach były dziury wybite w ścianach przez poszukiwaczy skarbów. Ściany w niektórych salkach były wykafelkowane, ale też z dziurami do przewodów wentylacyjnych lub kominowych. Potem poszliśmy do parku. Tam chłopcy znaleźli mauzoleum gdzieś w samym środku parku i naturalnie wleźli do środka. Były tam porozbijane trumny czy sarkofagi, bo szabrownicy wszędzie szukali zdobyczy. Ta wycieczka musiała być w 1946 roku, bo w 1947 Rosjanie podpalili bibliotekę zamkową, która się znajdowała w jednej z wież i cały zamek spłonął. Pożar był widoczny aż w okolicach cukrowni Ząbkowice.
Gdy chodziłam do szóstej klasy, w mojej szkole były jeszcze klasy siódma i ósma. Potem się szło do gimnazjum, gdzie były klasy I, II, III i IV. Ale była reforma szkolna i po siódmej klasie poszłam do ogólniaka. Tzn. dalej mówiło się na nową szkołę „gimnazjum”, ale ja już chodziłam do klasy ósmej i dziewiątej liceum ogólnokształcącego. W tych czasach uczyliśmy się też religii – rok 48/49 był ostatnim rokiem religii w szkole.
[wpis #49 ostatnio edytowano 21.11.2018 o 22:08]
Ząbkowice Śl. – 2
Dla mnie był to pierwszy rok szkoły średniej. Do szkoły miałam dosyć daleko, gdyż mieszkałam na końcu wsi gminnej, która zaraz po wojnie nazywała się Zadziele, a potem Sadlno (obecnie jest w granicach miasta). Stanowiła ona jakby przedmieście Ząbkowic w kierunku Kamieńca. Budynek gimnazjum znajdował się po przeciwległej stronie miasta, przy ulicy, której dalszy ciąg stanowiła szosa do Srebrnej Góry. Najkrótszym przejściem do szkoły była gruntowa droga prowadząca u stóp zamku aż do ulicy Jagiellonów, (dziś: Bohaterów Getta) przy której stała szkoła. Ulica ta prowadziła przez most nad rzeką Sadlną. Rzeka ta płynęła meandrami przez dolinę, opływała wzgórze zamkowe i skręcała w kierunku Kamieńca. Pamiętam, że w lecie często się w niej kąpaliśmy, gdyż płynęła jakieś paręset metrów od naszego domu.
Gdy budowano tzw. „obwodnicę” Ząbkowic rzekę skanalizowano i nie wiem, czy wtedy, czy później uznano za główny ciek potok Budzówkę, wpadający do rzeki na jej zakręcie, a skanalizowaną rzekę nazwano Jadkowa i uznano ją za dopływ owej Budzówki. To stało się powodem napisania tego tekstu. W wielu miastach kanalizowano rzeki, czasem nawet przestawały one istnieć na powierzchni, płynęły pod ziemią, ale nie słyszałam, żeby jakąś rzekę tak sobie, ni stąd, ni zowąd, zlikwidowano. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do jakichś map, które pozwolą prześledzić przebieg obu cieków i powalczyć o przywrócenie rzece należnej jej rangi.
Mój prawdziwy pierwszy wpis
19.03.2018 o 18:56 #34
Witam wszystkich pierwszych czytelników
Nim Wisia sama zacznie…
12.03.2018 o 20:40 #7
To mógłby być pierwszy wpis Wisi ☺ Czy będą kolejne, zależy od tego, na ile zdobędzie się na cierpliwość w nauce tego ustrojstwa ☺
Ta strona korzysta z ciasteczek i web storage, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.